Multithumb found errors on this page:

There was a problem loading image 'images/kppo3/articles/crop-UKDveoZN35qx5nN_180x130-0.png'
There was a problem loading image 'images/kppo3/articles/crop-UKDveoZN35qx5nN_180x130-0.png'
crop-UKDveoZN35qx5nN_180x130-0.png
Jest wiele korzyści wynikających z czytania książek. Odnosząc się tylko do tych praktycznych mogę krótko powiedzieć: czytanie jest jednym z najważniejszych źródeł życiowego sukcesu – mówi minister kultury 
i dziedzictwa narodowego Bogdan Zdrojewski.

Rz: W ubiegłym roku 61 procent Polaków nie przeczytało żadnej książki. Tymczasem wszelkie badania pokazują, że poziom czytelnictwa jest bardzo mocno związany z poziomem rozwoju. Czy ten stan u nas to już zapaść cywilizacyjna czy zapaść dopiero nam grozi?

Bogdan Zdrojewski: Jest źle, ale nie tragicznie. Mam na myśli obecne tendencje, a nie ocenę samego zjawiska. Trzeba przypomnieć, iż ta gwałtowna zapaść miała miejsce u progu poprzedniej dekady. Wtedy to czytelnictwo spadło o ponad 
20 procent. Od kilku lat ustabilizowało się i jest na tym samym, 
niskim poziomie. Szkoda, że wówczas nikt nie reagował.

Jesteśmy jednym z najmniej czytających społeczeństw w Europie. I nasza niska zamożność nie jest tu wytłumaczeniem, bo Czechom czy Rosjanom wcale lepiej od nas się nie powodzi, a czytają dużo więcej. Dlaczego pana zdaniem tak się dzieje, dlaczego na Polaków urok książek nie działa?

To nieprawda, że jesteśmy odporni na urok książek. Nawet w Unii Europejskiej jest wiele społeczeństw, i to czasem zamożniejszych od nas, które mniej czytają, choćby Włosi czy Portugalczycy. A jeśli chodzi o przykłady, które pan podał, każdy z nich jest inny. W Rosji ludzie więcej czytają z braku innych rozrywek czy źródeł wiedzy. Internet i telewizja cyfrowa nie są tak powszechne jak u nas. Z kolei Czesi nigdy w historii nie przeżyli tak gigantycznego załamania czytelnictwa jak Polska, choćby z tego powodu, że ich biblioteki zarówno te publiczne, jak i rodzinne nie zostały zniszczone w czasie wojny. Mają w domach dwa razy więcej książek niż my, i są to pozycje sprzed wielu lat. U nas zbiory płonęły masowo w czasie okupacji niemieckiej, a do tego ludzie w czasie powojennej migracji książek nie zabierali. Były za ciężkie. Mówię o tym, żeby pokazać, jak wiele czynników społecznych i historycznych wpływa na poziom czytelnictwa w różnych krajach.

Ale trend, jaki u nas panuje, jest bardzo niepokojący. Kilkanaście lat temu tych, którzy czytają, i tych, co nie czytają, było tyle samo. Teraz przewaga tych drugich jest aż 20-procentowa. Z kolei ci, którzy czytali naprawdę dużo, czytają coraz więcej. Mamy coraz większe rozwarstwienie, mówiąc językiem socjologii. Jest niewielka elita i 60 procent wykluczonych.

Ma pan rację. Jeżeli potraktujemy tę grupę czytającą wedle kryteriów europejskich, mamy wąską 7-procentową elitę, która czyta coraz więcej. Można tych ludzi nazwać elitą wiedzy. Przepaść między nimi a resztą cały czas się pogłębia i to jest proces negatywny.

Gdyby pan miał przekonać Polaków do czytania, jakich argumentów by pan użył?

Praktycznych. Pierwszy argument jest ekonomiczny: ci, którzy czytają, lepiej zarabiają. Drugi społeczny: takie osoby lepiej się komunikują czy, mówiąc kolokwialnie, dogadują z innymi. Trzeci poznawczy: ludzie czytający lepiej rozumieją świat. Mówiąc krótko: czytanie jest jednym z najważniejszych źródeł życiowego sukcesu. Jak pan widzi, pominąłem argumenty estetyczne i artystyczne, których również nie brakuje.

Miliard złotych na Narodowy Program Rozwoju Czytelnictwa to dużo czy mało?

Na tyle dużo, aby przełamać negatywny trend, ale za mało, żeby dogonić Duńczyków, którzy są w Europie liderami. Wszystko też zależy od jakości poszczególnych wydatków i stopnia zaangażowania innych podmiotów i instytucji.

Co da się za te pieniądze zrobić?

Sporo. Pomóc wielu bibliotekom wyremontować je i dostarczyć nowości. Ułatwić dostęp do książki cyfrowej, kupić prawa autorskie od pisarzy i ich spadkobierców, dofinansować promocję czytelnictwa, wydawać czasopisma ważne dla polskiej kultury, jak „Teatr" czy „Twórczość". Ale chcę powiedzieć coś zasadniczego: ministerstwo dysponuje tylko 25 proc. środków wydawanych rocznie na kulturę, reszta jest w gestii samorządów – to aż 60 proc., a także innych instytucji i osób prywatnych. Są też fundusze europejskie. Wie pan, za ile bibliotek odpowiada mój resort?

Nie.

Za jedną. Narodową. Reszta, ponad 3700, podlega samorządom. Program ma je przede wszystkim zachęcić do inwestycji w czytelnictwo. Przeprowadzone kilka lat temu badania pokazały, że ludzie rezygnują z bibliotek, bo brak w nich nowości i dostępu do Internetu. Dlatego wspólnie z fundacją Billa Gatesa i firmą Orange podłączyliśmy do sieci wszystkie biblioteki w miejscowościach do 15 tysięcy mieszkańców. I ludzie wracają. Nadzieje, że kolejne inwestycje również przyniosą efekty, nie są więc bezpodstawne.

By tak się stało, podstawą jest zakup nowości, zwłaszcza tych głośnych. Czy za publiczne pieniądze powinno się np. kupować „50 twarzy Greya"?

To publikacja typowo komercyjna, więc nie powinna się znaleźć na liście priorytetów.

Bardzo dyplomatyczna odpowiedź. To może zadam to pytanie inaczej. Czy lepiej, żeby ludzie czytali komercyjny chłam, czy lepiej żeby nie czytali nic?

Lepiej, żeby czytali. Bo dzięki temu wyrabiają w sobie dobre nawyki. Może sięgną po inne, bardziej wartościowe publikacje? Co akurat w tym przypadku nie jest trudne. Jestem zwolennikiem czytania, nawet gdyby miał to być dawny harlequin czy dzisiejsze 
„50 twarzy Greya". Należy jednak pamiętać, że choć 30 milionów rocznie na nowości to sporo, to ilość wartościowych pozycji jest tak duża, że i tak na wszystkie nie wystarczy. Bo rynek wydawniczy mamy naprawdę na światowym poziomie, wydawcom i księgarzom można tylko pogratulować, że radzą sobie mimo trudności.

Jest sens promować czytelnictwo? Czy da się to robić skutecznie?

Jeżeli będzie to robić tylko minister kultury, to skończy się niepowodzeniem. Ale jeśli będą w tym uczestniczyć także rodzice, szkoła, samorządy i media, to mamy szansę. Trzeba też mieć świadomość, że efekty takiej działalności nie są spektakularne, co jest dodatkowym problemem. Gdybym zbudował np. kilka oper, to przeszedłbym do historii jako budowniczy oper, tymczasem, choć wprowadzamy kolejne programy dotyczące czytelnictwa, mało kto to zauważa. I podobnie jest w samorządzie. Lepiej błysnąć przed wyborcami, budując aquapark czy boisko. Zwróci na to uwagę więcej ludzi niż na nowe książki w bibliotece. (...)

Cała rozmowa: rp.pl


bg Image