Multithumb found errors on this page:

There was a problem loading image 'images/kppo3/articles/crop-3Jtd0i6igzq6MFh_180x130-0.png'
There was a problem loading image 'images/kppo3/articles/crop-3Jtd0i6igzq6MFh_180x130-0.png'
crop-3Jtd0i6igzq6MFh_180x130-0.png
- Gender to równouprawnienie, a nie program przerabiania chłopców na dziewczynki - podkreśla minister Agnieszka Kozłowska-Rajewicz, pełnomocniczka rządu ds. równego traktowania. Dominika Wielowieyska: Od posłów PiS i konserwatywnych katolików wciąż słyszymy, że w przedszkolach z programem gender chłopcy są zmuszeni zakładać sukienki. Szukałam takiego konkretnego przedszkola i nie znalazłam. A pani?

Agnieszka Kozłowska-Rajewicz: Też szukałam, ale bezskutecznie. To prawdopodobnie zostało zmyślone. Może gdzieś wychowawcy prowadzili zajęcia polegające na tym, że dzieci przebierają się w różne teatralne stroje. W przedszkolu w Rybniku wychowawczyni prowadziła zabawę, w której dzieci ubierały misie w stroje różnych kultur, m.in. szkocki kilt. To ilustracja tego, jak męskość może wyrażać się w stroju zależnie od kultury, edukacja w temacie różnorodności, a nie "przebieranie chłopców w różowe sukienki". Promowanie równouprawnienia w przedszkolu najczęściej polega na tym, że dziewczynki też mogą się bawić zabawkami chłopców, że nie ma segregacji w zabawie - chłopcy w ratowanie świata, dziewczynki w gotowanie i sprzątanie. Nie rozumiem histerii związanej z wprowadzaniem programu równościowego, który jest przytaczany jako ilustracja ideologii gender. Gender to studia nad równością płci, w polityce - to równouprawnienie, a nie program zrównania płci w ich biologicznych cechach, przerabiania chłopców na dziewczynki. Ten atak antygenderystów z wymyśloną historią o przebieraniu to kompletne nieporozumienie.

Może wielu się obawia, że usiłuje się wcisnąć kobiety w gorset męski, a mężczyzn - w kobiecy. Że nagle ta wajcha pójdzie w drugą stronę, przekraczając granice zdrowego rozsądku. A przecież nie ma nic złego w tym, że dziewczynki bawią się lalkami, a chłopcy samochodami.

- Ani nic złego w tym, że dziewczynka sięgnie po samochodzik i polubi kolor inny niż różowy. A przekraczanie granic nam nie grozi - jesteśmy od takich praktyk bardzo daleko, mamy swoje prawo i kulturę, i bardzo krótki staż w polityce równościowej. Kraje z długim doświadczeniem polityk równościowych zajmują się niuansami, które nam wydają się absurdalne, np. że za nierówne traktowanie uznaje się przepuszczanie kobiet w drzwiach lub całowanie w rękę. My mamy problem, jak ułatwić kobietom godzenie obowiązków rodzinnych z pracą zawodową, aby mogły być samodzielne finansowo, bo to daje gwarancje nie tylko rozwoju osobistego, niezależności, ale chroni też przed przemocą i jest sprawiedliwe. Chodzi też o to, aby mężczyźni mieli większy udział w opiece nad dziećmi, by przejmowali obowiązki domowe na zasadach partnerskich. I tu chodzi także o prawa mężczyzn, którzy dziś stereotypowo uważani są za niezdolnych do odpowiedzialnej opieki nad dzieckiem i przegrywają sprawy o opiekę w sądach rodzinnych. Ważne jest, żeby bardziej sprawiedliwie podejść do opieki nad osobami starszymi, bo w rodzinach te obowiązki przeważnie spadają na kobiety. Często uniemożliwia to im pracę zawodową, a tym samym nie odkładają na emeryturę, która z tego powodu będzie niższa albo nie będzie jej wcale. Wśród kobiet w wieku 55-64 lat tylko 23 proc. pracuje zawodowo, podczas gdy w Skandynawii - 85 proc. Kobiety w Polsce odbierają najniższe emerytury, spędzają jesień życia w biedzie i samotności. Istotą polityki równościowej jest przeciwdziałanie takiej nierówności, to sprawy zasadnicze, dotyczące codziennego życia polskich rodzin.

Ale środowiska katolickie domagają się, żeby kobiety w rodzinach wielodzietnych dostały status zawodowy.

- Ja się z tym zgadzam i powoli to realizujemy. Rozszerzyliśmy prawo do urlopu wychowawczego praktycznie na wszystkich, którzy są rodzicami - państwo płaci wtedy składki emerytalne za rodzica, który zostaje w domu z dziećmi, a w przypadku osób ubogich jeszcze dodatkowe świadczenia. Wydłużyliśmy urlop macierzyński i wprowadziliśmy rodzicielski i ojcowski, razem to rok urlopu płatnego średnio 80 proc. pensji. Staramy się zapewnić tanią opiekę żłobkową i przedszkolną, aby dać możliwość łączenia rodzicielstwa z pracą. Chciałabym, aby polityka równościowa była stawiana coraz wyżej na agendzie politycznej, bo to służy rodzinie, a tymczasem ta pseudoafera genderowa sprawiła, że równouprawnienie uznano za zgniliznę gorszą od nazizmu, podkład pod pedofilię. Tak powiedział ks. Oko - że "programy gender piszą pedofile".

Oto fragment pierwszej wersji listu pasterskiego biskupów: "Standardy Światowej Organizacji Zdrowia w odniesieniu do edukacji seksualnej prowadzą do głębokiej deprawacji dzieci i młodzieży. Promują one m.in. masturbację dzieci w wieku przedszkolnym oraz odkrywanie przez nie radości i przyjemności, jakie płyną z dotykania zarówno własnego ciała, jak i ciała rówieśników. Elementy tych tzw. standardów są aktualnie wdrażane - powtórzmy: najczęściej bez wiedzy i zgody rodziców - np. w projekcie Równościowe przedszkole współfinansowanym przez Unię Europejską".

- Jeśli WHO napisała dokument, bazując na doświadczeniu międzynarodowych ekspertów, to nie po to, aby "promować masturbację", tylko opisać zjawiska, które istnieją. Masturbacja wśród dzieci, nawet w wieku przedszkolnym, się zdarza. Jest to jakiś problem. Istnieją zjawiska związane z poznawaniem swojego ciała i lepiej o tym z dziećmi rozmawiać, niż udawać, że nic się nie dzieje, zostawiać je z tym problemem sam na sam. W dokumencie WHO zawarto odważny program edukacji seksualnej, fragmentami dyskusyjny, ale nieprzekraczający dopuszczalnych norm. To tylko propozycja, i państwa mogą z niej skorzystać, ale nie muszą.

Czy w programach unijnych są wykorzystywane te standardy?

- Nie słyszałam o tym. Nawet nie byłam na konferencji WHO, ale mimo to zostałam oskarżona przez fundację Mama i Tata, że chcę promować w przedszkolach jakieś seksboksy. Na konferencji omawiano projekty edukacji seksualnej w różnych krajach. Udane i nieudane. W Szwajcarii chciano wykorzystać pluszowe zabawki z narządami płciowymi. Rodzice zaprotestowali, więc z tego projektu się wycofano. Ale ks. Oko uparcie twierdził, że rząd wprowadza to w Polsce. Absurd. Trudno walczyć z tak nieuczciwym postawieniem sprawy, szczególnie przez osobę duchowną.

Czy pani jest zwolenniczką tego, aby dzieci i młodzież miały przedmiot pod nazwą "edukacja seksualna"?

- Wiedza o życiu seksualnym człowieka jest takim samym obszarem nauki jak każdy inny. To zbiór faktów. Szkoła powinna dostarczać fakty, a rodzice - budować system wartości u dzieci.

Ale czy to musi się dziać już w przedszkolu? Ja bym wolała sama o tym z dziećmi rozmawiać.

- Nie istnieje dziś żaden program edukacji seksualnej w przedszkolach. Ale jeśli dziecko w przedszkolu pyta, skąd się wzięło, to odpowiedź, która brzmi: dlatego, że mamusia z tatusiem się kochali, nie jest niczym złym. Można dyskutować o formie i wychowawcy powinni to ustalić z rodzicami. Brak takiej wiedzy naraża w większym stopniu na przemoc seksualną, bo dzieci nie wiedzą, na co dorosły może sobie pozwolić w stosunku do nich, ulegają autorytetowi dorosłego, bo nie wiedzą, że są przekraczane granice obyczajowe i prawne. W edukacji seksualnej nie chodzi o promowanie seksu, tylko o edukację dotyczącą godności ludzkiej. Gdyby dzieciom uświadomić, na czym polega godność, szacunek, prywatność, byłoby mniej przemocy seksualnej w gimnazjach. Dzieci wiedziałyby, że pewne kawały, fajne dla jednego, są wielką krzywdą dla drugiego dziecka, co może prowadzić nawet do samobójstwa. Takie przypadki się zdarzały. Np. w gimnazjum przed WF dziewczynę, która się przebiera, półnagą wypychają na korytarz i robią zdjęcia telefonami komórkowymi, a następnie wrzucają do sieci. Młodym ludziom trzeba tłumaczyć, że sfera seksualna jest sferą prywatną, intymną, a jej naruszanie bez zgody drugiej osoby jest złem. Traktowanie edukacji seksualnej jako potencjalnego źródła zła i nieprawości jest niebezpieczne. To działanie na szkodę dzieci.

Sam premier Donald Tusk mówił, że on w sprawie edukacji seksualnej jest bardzo ostrożny, bo brytyjski przykład pokazuje, iż mimo wprowadzenia jej do szkół i ustawienia automatów z prezerwatywami liczba ciąż nastolatek wzrosła, więc można wysnuć wniosek, że ta edukacja nie tyle nauczyła młodzież antykoncepcji, ile zachęciła do wczesnej inicjacji seksualnej.

- W Wielkiej Brytanii prowadzi się politykę ograniczania szkód, jest powszechny dostęp do antykoncepcji, ale przecież to nie jest istotą edukacji seksualnej. Mnie nie podoba się polityka brytyjska, ja bym wolała edukację seksualną opartą na wartościach, które są ważne w Polsce. Każdy naród jest inny, więc i program edukacji seksualnej musi być dostosowany do polskiej mentalności, zgodny z życzeniami rodziców. Uważam jednak, że podchodzimy do tego zbyt ostrożnie, a czasami wręcz histerycznie.

Zgadza się pani z minister edukacji Joanną Kluzik-Rostkowską, żeby wprowadzić edukację seksualną opcjonalnie, dla jednych taką, dla drugich inną, w zależności od światopoglądu?

- Tak. Nie jesteśmy mentalnie przygotowani na to, by wprowadzać w szkole obowiązkowy program edukacji seksualnej. To wywoła protesty. A i nauczyciele nie są dostatecznie przygotowani. Jesteśmy na początku debaty o tym, jak powinna wyglądać w szczegółach ta edukacja. Najpierw musimy z tego przedmiotu zdjąć odium zła, moralnego zepsucia.

Konserwatyści mówią: dziś Polacy tego nie akceptują, ale najpierw uchwali się związki partnerskie, a potem przyjdzie kolej na adopcję dzieci przez pary homoseksualne. Bo taka jest tendencja w Europie.

- Każda decyzja wymaga zgody większości. Być może za 10 lat nasze społeczeństwo będzie jeszcze bardziej konserwatywne niż dziś. A może odwrotnie. Także na Zachodzie może przyjść fala krytycyzmu wobec tych najbardziej radykalnych lewicowych rozwiązań. Zgadzam się z ojcem Pawłem Gużyńskim, że możemy obserwować kraje, które prowadzą politykę równościową od lat, aby uniknąć różnych mielizn i błędów, które im się przytrafiają. (...)

Cała rozmowa: wyborcza.pl

bg Image