Multithumb found errors on this page:

There was a problem loading image 'images/kppo3/articles/crop-5Bcc7FSzCV75ho9_180x130-0.png'
There was a problem loading image 'images/kppo3/articles/crop-5Bcc7FSzCV75ho9_180x130-0.png'
crop-5Bcc7FSzCV75ho9_180x130-0.png
W dzieciństwie, które spędziłem w Kenii, nauczyłem się gospodarczego liberalizmu. Bo tam każdy, nawet małe dziecko, musiał o siebie zadbać – mówi Jacek Rostowski, były wicepremier i minister finansów.

Po sześciu latach opuścił pan gmach Ministerstwa Finansów. Jakie to uczucie?

Jacek Rostowski: Trochę jak z rehabilitacją. Niektórych rzeczy trzeba się uczyć na nowo, ale wiadomo, że z dnia na dzień będzie lepiej.

Rzeczywiście jest lepiej?

Pyta pan o samopoczucie? Jest dobre. Choć żałuję, że odszedłem z rządu tuż przed Bożym Narodzeniem. Zawsze sobie przyrzekałem, że kiedy przestanę być ministrem, pojadę na długi urlop do ciepłego kraju. Tymczasem były święta, więc pojechałem do Londynu, gdzie pogoda była gorsza niż u nas. Ale trzy tygodnie z rodziną to też świetna sprawa.

Zero rozmów o polityce?

Tak od razu się nie da. Ale stopniowo przechodzę okres detoksykacji.

Podobno odszedł pan z rządu, bo premier miał do pana żal za błędne oszacowanie deficytu budżetowego.

Jedynym powodem mojego odejścia było to, że sam chciałem odejść.

Co powiedział panu premier na odchodne?

Było kilka rozmów, pierwsza już w czerwcu. Przy każdej pytał, czy na pewno chcę odejść.

Zatrzymywał pana?

To nie była publiczna rozmowa i niech tak zostanie.

A dlaczego właściwie chciał pan odejść?

Po prostu uznałem, że sześć lat wystarczy. I że resortowi przyda się nowa, świeższa perspektywa. Chciałem odejść w momencie, gdy będzie widać, że gospodarka wyraźnie przyspiesza i że wychodzimy z ekonomicznego zakrętu. I ten moment właśnie nadszedł.

Polska sobie poradziła z kryzysem?

W okresie kryzysu jesteśmy liderem wzrostu gospodarczego w całej Unii. To najlepsza odpowiedź na to pytanie.

Ale jednocześnie jesteśmy w grupie outsiderów budżetowych wytykanych palcem przez Komisję Europejską.

Chwileczkę, dobrze by było, żeby komentatorzy byli rzetelni. W okresie od 2007 do ubiegłego roku mieliśmy czwarty najniższy wzrost długu publicznego w relacji do PKB w całej Unii Europejskiej. A to oznacza, że w 24 krajach Unii zadłużenie wzrosło więcej niż u nas. W dodatku połowa tego wzrostu to wina środków bezsensownie przekazywanych do OFE. Gdyby nie one, bylibyśmy na trzecim miejscu.

Ale wyhamowanie gospodarcze w latach 2012-2013 pana zaskoczyło.

Przewidzieliśmy je, choć nie w takim stopniu, w jakim nastąpiło. Polityka gospodarcza musi być elastyczna. Zdolność do reagowania na zmienną sytuację jest konieczna, bo nigdy nie da się dokładnie przewidzieć przyszłości.

Spróbujmy jednak przewidzieć pana przyszłość. Jakie ma pan polityczne plany?

Nie mam potrzeb zawodowych ani politycznych. Jednak po sześciu latach pracy w Ministerstwie Finansów mam doświadczenie, które może się naprawdę Polsce przydać. Obecnie jestem na ławce rezerwowych.

Europarlament?

Zobaczymy.

Mówi się, że ma pan zagwarantowaną wysoką funkcję w Unii Europejskiej.

Odpowiedź będzie identyczna jak na poprzednie pytanie.

W pana życiu zawsze było dużo zmian. W wieku siedmiu lat przedzierał się pan do szkoły przez busz w Kenii, gdzie pana ojciec był dyplomatą. A sześć lat później chodził do elitarnej szkoły dla chłopców w Anglii.

Przez busz się nie przedzierałem, była tam ścieżka. Ale rzeczywiście kiedyś zażartowałem, że to właśnie tam nauczyłem się gospodarczego liberalizmu. Bo w Kenii każdy, nawet małe dziecko, musiał o siebie zadbać. Miałem też w życiu okresy spokojniejsze. W końcu przez lata byłem wykładowcą, m.in. na Uniwersytecie Londyńskim. Generalnie zmiany w życiu nauczyły mnie tego, by się w stu procentach angażować w to, co w danym momencie się robi. A także tego, żeby w pewnym momencie umieć sobie powiedzieć: „Dość. Zrobiłem to, co mogłem, przyszedł moment, żeby podjąć inne wyzwania”.

Urodził się pan w Wielkiej Brytanii. Jako dziecko mówił pan po polsku?

Do piątego roku życia wyłącznie. Później nauczyłem się angielskiego i mimo że w domu mówiliśmy jedynie po polsku, to w wieku dwudziestu kilku lat mówiłem z lekkim akcentem. Właśnie wtedy, gdy pisałem pracę magisterską u prof. Normana Daviesa, poznałem narzeczoną Polkę i mój polski znowu się poprawił.

Kiedy pierwszy raz przyjechał pan do Polski?

W 1976 r., w wieku 25 lat. To była prywatna podróż.

Pierwsze wrażenie?

Po wyjściu z hali przylotów dostałem 200 zł mandatu. Milicjant powiedział, że za deptanie trawnika. Problem w tym, że tam nie było żadnej trawy, tylko błoto. Gdy próbowałem to tłumaczyć, usłyszałem: „To właśnie przez takich jak wy nie ma tu trawy!”. Chwilę później podszedł do mnie ten sam milicjant z pretensją, że przeszedłem przez jezdnię nie na przejściu dla pieszych. „To teraz wrócicie i przejdziecie jeszcze raz, tym razem na pasach”. Absurd polegał na tym, że aby to zrobić, musiałem znowu nielegalnie przejść nie na pasach. Dla mnie to był taki przyspieszony kurs PRL.

W 1980 r. zgłosił się pan w Londynie do późniejszego prezydenta RP na uchodźstwie.

Ryszard Kaczorowski był wtedy ministrem spraw krajowych, zgłosiłem się, żeby mu pomagać. To był początek intensywnych kontaktów z ludźmi „Solidarności”. (...)

Cała rozmowa: "Wprost", Nr 4, str. 35 - 37


bg Image