Multithumb found errors on this page:

There was a problem loading image 'images/kppo3/articles/crop-65c7m430510yRsr_180x130-0.png'
There was a problem loading image 'images/kppo3/articles/crop-65c7m430510yRsr_180x130-0.png'
crop-65c7m430510yRsr_180x130-0.png
Bartłomiej Sienkiewicz, minister spraw wewnętrznych w rozmowie z redaktorem naczelnym gazety "Super Express" mówił o napiętej sytuacji na arenie międzynarodowej spowodowanej wydarzeniami na Ukrainie. Minister odpowiadał m.in. na pytania dotyczące ryzyka wybuchu III wojny światowej, rzekomego osłabienia granic Polski oraz tłumaczył, czy i dlaczego Francja nie może nałożyć sankcji na Rosję.

"Super Express": - Już pora przyznać, że prorosyjska polityka Platformy Obywatelskiej z witaniem się i przytulaniem do Putina była nieco naiwna?

Bartłomiej Sienkiewicz:
- Nie można przyznawać czegoś, co jest nieprawdą. Siła Polski w Europie w tych kryzysowych dniach bierze się z tego, że nasz kraj nie jest postrzegany jako ten, który owładnięty jest antyrosyjską fobią. Jest traktowany jako poważny partner, który racjonalnie patrzy na Wschód. A racjonalność zakłada robienie interesów, kiedy jest to możliwe, a także zdolność do sprzeciwu, kiedy dzieje się coś złego. W tym sensie podwójnie nie ma pan racji. Polityka wobec Moskwy nie jest ani prorosyjska, ani nieskuteczna.

To było pytanie, a nie twierdzenie.

To było twierdzenie. Pan jest specjalistą od twierdzeń wbudowanych w pytania.

Panie ministrze, czy jest tak, że premier zaczął mówić trochę Jarosławem Kaczyńskim?

Nie rozumiem.

Mam na myśli sytuację, w której pan premier Tusk wychodzi na sejmową mównicę i bardzo twardo mówi językiem antyrosyjskim, wręcz językiem faktycznego przygotowywania się do wojny. Nie mówię, że to źle, ale wcześniej takim językiem mówił tylko Jarosław Kaczyński.

Tak, tyle że Jarosław Kaczyński mówił takim językiem, kiedy nic się nie działo. Natomiast Donald Tusk mówi takim językiem, kiedy mamy do czynienia z agresją na sąsiedni suwerenny kraj. Otóż to nie w języku sprawa, ale w nazywaniu rzeczywistości po imieniu. Póki Rosja trzymała się z daleka od Ukrainy, nie było potrzeby używać tego rodzaju retoryki. W momencie, kiedy mamy do czynienia z pełzającą agresją na terytorium suwerennego kraju, to odpowiedzialny rząd musi mówić jasno o tym, co się dzieje.

Putin twierdzi, że ci, którzy działają na Krymie, to nie jego wojsko, ale oddziały samoobrony.

Ten rodzaj kłamstw i przeinaczeń jest pewną cechą charakterystyczną dla uprawiania polityki przez Rosję w sytuacjach kryzysowych. Nic tutaj nie odbiega od normy. Przypomnę, że w 1968 roku na Czechosłowację najeżdżali ludzie, którzy wprowadzali pokój w ramach bratniej pomocy. Jest to przykrywanie słowami rzeczywistości. Nie ma żadnej wątpliwości, jakie wojska znajdują się teraz na Krymie.

Rosyjski prezydent twierdzi też, że ludzie, którzy atakowali w Kijowie, byli szkoleni w bazach zagranicznych na Litwie i w Polsce. Wie pan coś na ten temat?

To takie samo twierdzenie, jak to, że jednostki ukraińskiej armii są oblegane przez siły krymskiej samoobrony, choć wyposażone są w sprzęt, który ma tylko rosyjski specnaz. Możemy więc włożyć twierdzenia o szkoleniach w Polsce w tę samą formę rosyjskiej retoryki. Rosjanie mają w ogóle pewien kłopot z uznaniem ludzkiej wolności wyrażającej się w zbiorowym działaniu. Zawsze widzą za tym agentów, obce siły i służby. Tak jak nie byliby w stanie dopuścić do siebie myśli, że ludzie sami z siebie mogą chcieć demokracji, sprawiedliwości i wolności. A to jest właśnie przypadek Ukrainy.

Amerykański sekretarz stanu John Kerry powiedział, że Stany Zjednoczone nie pozwolą na naruszenie integralności i suwerenności Ukrainy. Mnie się wtedy przypomniały słowa ministra Becka, który tuż przed wybuchem II wojny światowej mówił, że nie oddamy ani jednego guzika z polskiego munduru.

Szczerze?

Proszę.

Fatalne porównanie, panie redaktorze. Kiedy Beck wygłaszał swoje przemówienie, Polska była de facto sama i bardzo słaba.

Mieliśmy sojusze z Francuzami i Anglikami.

Prawdę mówiąc, od samego początku było wiadomo, że są nic niewarte.

A skąd pan wie, że obecne sojusze z NATO są cokolwiek warte?

Pytał pan o Johna Kerry'ego. Otóż sekretarz stanu supermocarstwa mówi, że nie pozwoli na sytuację, kiedy Rosja bezkarnie będzie najeżdżała obcy kraj. Waga tych słów jest zupełnie inna Becka w 1939 roku.

Ale gwarancje NATO są, pana zdaniem, więcej warte niż Francji i Anglii w 1939 roku?

To oczywiste.

Polska armia w 1985 roku miała 350 tys. żołnierzy. Obecnie to 120 tys. To oznacza, że likwidujemy polskie siły zbrojne?

Nie, to oznacza po prostu tyle, że świat się zmienił. Półmilionowe armie z lat 80. dziś nie mają racji bytu, ponieważ zmienił się cały system obronności i prowadzenia wojen. W tej chwili nie liczebność armii - źle umundurowanej, źle wyszkolonej, bez zaplecza - decyduje o zdolności obronnej kraju. Decyduje sprawny profesjonalny żołnierz, który jest szkolony non stop. Żołnierz, który po dwóch latach nie idzie do domu i wszystko, czego się nauczył, zapomina, ale taki, dla którego bycie żołnierzem jest trwałym zawodem.

Cała rozmowa: se.pl

FOTO: PAP


bg Image