Multithumb found errors on this page:

There was a problem loading image 'images/kppo3/articles/crop-H388I5iM0m2DY32_180x130-0.png'
There was a problem loading image 'images/kppo3/articles/crop-H388I5iM0m2DY32_180x130-0.png'
crop-H388I5iM0m2DY32_180x130-0.png
Modernizujemy armię, ale nie zapominamy o żołnierzach. Nie żałujemy pieniędzy na utrzymywanie ich gotowości bojowej - mówi Tomasz Siemoniak, minister obrony narodowej.

Czy po ostatnich wydarzeniach na Ukrainie cokolwiek się zmieniło w naszej armii?

Podjęliśmy działania, które wynikają ze środków reagowania kryzysowego NATO. Zostały zarządzone przy zgodzie ambasadorów państw członkowskich. Oznacza to inny stan niż kilkanaście tygodni temu. Ministerstwo i Siły Zbrojne z uwagą śledzą obecną sytuację.

Pojawiają się głosy, że nawet 10 tys. żołnierzy wojsk NATO mogłoby stacjonować w naszym kraju.

Będziemy prowadzić rozmowy na ten temat. W ubiegłym tygodniu ministrowie spraw zagranicznych zlecili wojskowym strukturom NATO sporządzenie odpowiednich planów. Według mnie decyzje powinny zapaść na wrześniowym szczycie sojuszu. Z pewnością nasz kraj jest za tym, aby zwiększyć obecność wojskową NATO na Wschodzie.

Kiedyś już stacjonowały w Polsce wojska radzieckie i byliśmy bardzo szczęśliwi, że opuściły nasz kraj. Czy obecność wojsk NATO może być podobnie odbierana przez obywateli?

Obecność wojsk radzieckich była nam narzucona. A w przypadku sojuszników NATO polskie władze zgadzają się na stacjonowanie tych sił. Badano też wielokrotnie, że obywatele są za członkowstwem w NATO i sojuszem z USA. Gdyby obecnie przeprowadzić takie badania, poparcie z pewnością byłoby jeszcze większe. A obecność obcych wojsk na naszym terenie zawsze jest uzależniona od zgody ministra obrony narodowej. W efekcie to władze naszego kraju decydują w tej sprawie.

Czy grozi nam konflikt zbrojny?

Nie. Obecnie nie ma takiego zagrożenia.

Pojawiały się opinie, że w przypadku ewentualnego zagrożenia ze strony Rosji zaledwie co trzeci żołnierz poradziłby sobie na polu walki.

To są oceny, które trudno komentować. Nie są oparte na rzeczywistych badaniach. Uważam, że są one krzywdzące. Tym bardziej po tylu latach obecności naszych żołnierzy w Iraku i w Afganistanie. Mamy kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy sprawdzonych w realnych warunkach bojowych. Nie chcę mówić, że jest świetnie, bo jeszcze wiele pracy przed nami.

Czy mogą powrócić przymusowy pobór i obowiązek zasadniczej służby?

Nie ma takich prac, ani planów. Jestem przeciwnikiem odwieszania poboru. Wyrażam taką opinię na podstawie rozmów z dowódcami, którzy dobrze pamiętają zasadniczą służbę. W ich opinii dziewięciomiesięczna, czy nawet roczna służba jest zbyt krótka, aby przygotować kogoś do wymagań pola walki.

Obecnie nie ma już powszechnego przekonania, że pobór i obowiązkowa służba są czymś złym.

Z pewnością zainteresowanie obywateli obronnością kraju jest większe. Dlatego należy szukać różnych, innych form zaangażowania związanych z obronnością. Z pewnością dyskusja nie powinna zmierzać w kierunku przywrócenia poboru.

Nie ma jednak oferty dla studentów lub innych osób, które np. chciałyby odbyć przeszkolenie wojskowe trwające maksymalnie dwa miesiące w wakacje. Jeszcze kilka lat temu była taka możliwość. Takie osoby nie chcą należeć do Narodowych Sił Rezerwowych (NSR), bo tam szkolenie trwa znacznie dłużej, ale chcą poznać wojsko. Czy tu nie powinno się coś zmienić?

Trzeba o tym rozmawiać, budując model rezerw dla wojska. Jesteśmy otwarci. Działa wiele organizacji pozarządowych o profilu obronnym, blisko z nimi współpracujemy. Na pewno warto rozważyć większe wykorzystanie energii obywatelskiej, stworzenie różnych form służby ochotniczej, czy ochotniczego przeszkolenia wojskowego. Sądzę, że można o tym myśleć także w kontekście klęsk żywiołowych, gdzie takie zaangażowanie, czy skrzyknięcie się sąsiadów, którzy wiedzą, co i jak mają robić, może mieć kapitalne znaczenie.

Czyli dzisiejsze zasoby armii w zupełności nam wystarczą?

Tak. Mamy 100 tys. żołnierzy zawodowych i w planach do 20 tys. żołnierzy NSR. Do tego trzeba uwzględnić rezerwy z przydziałami mobilizacyjnymi.

Czy w obecnej sytuacji będzie więcej przymusowych szkoleń dla żołnierzy rezerwy?

Już w zeszłym roku wróciliśmy do szkoleń rezerwy. Przesłanką było to, że mamy pięć lat przerwy w szkoleniu żołnierzy od zawieszenia zasadniczej służby wojskowej. Rząd uznał, że jeśli nie wrócimy do szkoleń, to powstanie luka. Dlatego w ubiegłym roku przeszkoliliśmy około trzech tysięcy, a w tym ponad siedem tysięcy. Systematycznie będziemy zwiększać liczbę przeszkolonych rezerwistów.

W armii planuje się wydanie miliardów złotych na modernizację sprzętu. Czy nie zapomina się przy tym o jakości wyszkolenia żołnierzy zawodowych?

Nie. W ubiegłym roku żołnierze odbyli najwięcej ćwiczeń od powstania amii zawodowej. Z pewnością przy okazji modernizacji nie zapominamy o szkoleniu. Na ten cel także nie brakuje pieniędzy.

Dlaczego więc np. szkolenie NSR nie trwa do 30 dni w roku, jak stanowią przepisy, ale co najwyżej tydzień lub dwa?

Do sprawy podchodzimy pragmatycznie. Często pracodawcy mieliby realny kłopot, jeśli żołnierz NSR byłby w ciągu roku nieobecny w pracy przez 30 dni. Łatwiej jest więc zorganizować takie ćwiczenia w krótszym czasie. W ocenie dowódców to w zupełności wystarczy.

W NSR docelowo miało służyć 20 tys. żołnierzy. Wciąż jest ich tam tylko nieco ponad 10 tys. Dlaczego tak trudno osiągnąć pełny stan?

NSR są bardzo specyficzną służbą. Tak się ułożyło, że nie trafiają do nich ci, którzy są po wojsku i stają się rezerwą, ale osoby, które chcą służyć w armii zawodowej. Formacja ta stała się takim miejscem, gdzie trafiają kandydaci do wojska. Trochę rozminęły się dobre intencje z rzeczywistością. Paradoksalnie dowódcy są zadowoleni, bo NSR tworzy sito, które pozwala wyselekcjonować osoby, które nadają się do służby. W Sejmie na uchwalenie czeka nowelizacja ułatwiająca służbę w NSR. Niewątpliwie czeka nas większa dyskusja, jak te siły powinny wyglądać. Z pewnością najważniejsze jest szkolenie rezerwistów, bo to jest krytyczna, czyli najbardziej potrzebna zdolność. Na takie projekty jak Armia Krajowa (powstanie gwardii narodowej – przyp. red.), czy postulat wszyscy strażacy ochotnicy do NSR nadstawiam ucha, ale jeśli chcemy mówić poważnie o zdolnościach obronnych kraju, to kluczem jest szkolenie rezerwistów.

Obecne zagrożenia to dobra okazja do zreformowania NSR i np. wprowadzenia dla tych żołnierzy uposażenia za gotowość. Może warto się nad tym zastanowić?

Z pewnością trzeba się zastanowić np., czy powinny powstawać zwarte oddziały NSR, czy też tak jak obecnie żołnierze do nich należący powinni być rozproszeni po jednostkach. W efekcie powstała fikcja, bo załogę baterii tworzyło trzech żołnierzy zawodowych i jeden z NSR. Oczywiste było, że ten ostatni był tylko do pomocy. Dlatego warto się zastanowić nad inną formą, np. zwartych oddziałów. Kilka koncepcji powstało, w tym w Akademii Obrony Narodowej i Sztabie Generalnym. Z pewnością w tym roku musimy wypracować konkretny model zreformowania NSR.

W armii też wprowadzono zmiany organizacyjne. Eksperci ostrzegali, że wywołają chaos kompetencyjny.

Jestem przekonany, że sprawność i ciągłość dowodzenia zostały utrzymane.

Czyli obawy ekspertów o skutki reformy organizacyjnej były nieuzasadnione?

Tak. Jesteśmy w czwartym miesiącu reformy, ale gołym okiem widać, że to wszystko działa. Obecna struktura więcej wymaga od ministra obrony narodowej. Poprzednio wystarczyło wydać polecenie szefowi Sztabu Generalnego i on się wszystkim zajął. Obecnie mam trzech partnerów: szefa Sztabu Generalnego, dowódcę generalnego i dowódcę operacyjnego. Wydaje mi się, że dzięki tym zmianom jakość pracy wzrosła. Nie jest już tak, że szef Sztabu Generalnego dowodzi, kontroluje i sam siebie rozlicza. Dziś szef sztabu jest prawą ręką ministra i pomaga mu stawiać zadania dowódcom i ich rozliczać. Dzięki temu minister powiększa cywilną kontrolę nad armią. (...)

Cała rozmowa: gazetaprawna.pl


bg Image