Multithumb found errors on this page:

There was a problem loading image 'images/kppo3/articles/crop-CZ4gsrbP6XO5nx4_180x130-0.png'
There was a problem loading image 'images/kppo3/articles/crop-CZ4gsrbP6XO5nx4_180x130-0.png'
crop-CZ4gsrbP6XO5nx4_180x130-0.png
Musimy inaczej myśleć o procesie nauczania. I jednym z zadań MEN jest nakłonić do tej zmiany nauczycieli. Bo jak oni mają uczyć dzieci współpracy, jak sami nie potrafią ze sobą współpracować - mówi minister edukacji narodowej Joanna Kluzik-Rostkowska.

Ministra?

- Jeśli już, to ministrzyca. Na wzór szpieżycy z "Bezimiennego dzieła" Witkacego (śmiech).

No to proszę mi powiedzieć, pani ministrzyco, w jakich szkołach uczą się pani dzieci?

- Jedno w liceum, drugie w gimnazjum, trzecie w podstawówce. Pełny przegląd.

Ale mnie chodziło o to, czy w publicznych.

- Wszystkie przeszły przez publiczną podstawówkę, a dwie córki, które z niej wyszły, są w szkołach niepublicznych.

Dlaczego?

- Mieszkam na peryferiach Warszawy, do każdej szkoły trzeba dojechać. Uznałam, że skoro mają przemierzać pół świata, to niech spróbują szczęścia w takich, które zmuszają do myślenia i krytycznego oglądu świata.

Publiczne nie zmuszają?

- Nie ma reguły publiczna - słaba, niepubliczna - dobra. Znam świetne publiczne i pozostawiające wiele do życzenia prywatne.

A co to dla pani znaczy dobra szkoła?

- Podstawówka moich dzieci była dobra, bo mała. Na każdym poziomie nauczania jedna klasa, w sumie jakieś 160 osób. Wszyscy się znali. Od pań sprzątaczek przez panią ze sklepiku po dyrektorkę. To dawało poczucie bezpieczeństwa. Nikt obcy niezauważony nie byłby w stanie wejść do budynku i np. sprzedawać narkotyki.

Dobra, bo mała? I tyle?

- W ogóle dobra - tak przynajmniej wychodzi z rankingów. Choć ja za nimi akurat nie przepadam. Ale o tym później. Powiem tak: szkoły, do których chodzą moje dzieci, to są szkoły, do których sama bym chciała chodzić.

To znaczy?

- Współpracujące. Takie, w których patrzy się na ucznia indywidualnie. A nie, że jest jakaś klasa, jakaś średnia, ktoś jest wyżej, ktoś niżej i teraz dziecko musi się jakoś sytuować w tej przestrzeni. Bo przecież każdy ma indywidualny rytm i warto to docenić. To są też szkoły, w których uczniowie nie boją się zadawać pytań. Nie boją się przyznać, że czegoś nie potrafili zrobić w domu, bo nauczyciel szanuje, że ktoś może czegoś nie potrafić. A jeśli uczeń potrzebuje indywidualnej pracy, to się z nim zostaje. To są też szkoły otwarte na różne kultury, wyznania... Dzieci są różne i szkoły powinny być różne, ale chciałabym, żeby takich otwartych na różnorodność i szacunek dla każdego wysiłku było w Polsce więcej.

Ile to panią kosztuje?

- Blisko 1000 zł miesięcznie za jedno dziecko - to jedyny dotkliwy mankament.

A co pani powie tym, bo z pewnością się tacy znajdą, co uważają, że to jednak trochę niestosowne, że dzieci ministrzycy edukacji chodzą do prywatnych szkół?

- Szkoły niepubliczne wywalczyły sobie miejsce we wspólnej przestrzeni po 1989 roku i nie widzę żadnego powodu, by były postrzegane jako odstępstwo reguły.

A czemu pani nie przepada za rankingami?

- Obok szkoły podstawowej, do której chodziły moje dzieci, jest inna, która pracuje w środowisku trudnym. I tam te wyniki końcowe, te średnie, są oczywiście gorsze. Ale przecież wysiłek nauczycieli z tamtej szkoły jest porównywalny, a być może znacznie większy. Ich kompetencje. Korzyść z ich pracy. W sensie takiej zmiany trwałej. Niedawno Instytut Badań Edukacyjnych zrobił badania, z których wynika, że 60 proc. młodzieży ma korepetycje. W wielu szkołach jest więc tak: przyszły zdolne dzieci, rodzice zapłacili za korepetycje i jest superwynik w statystykach. No, ale mnie się zdaje, że każdy dyrektor szkoły, w której tak wielu uczniów musi brać korepetycje, powinien mieć poczucie klęski.

I co z tym zrobić?

- Na pewno trzeba wzmocnić rolę dyrektora. Żeby mógł bardziej swobodnie dysponować kadrą, którą ma. Doceniać tych najlepszych i dziękować tym słabym. Bo dziś jest tak, że Karta nauczyciela chroni słabych i niewiele daje tym najlepszym. Albo zgoła nic. Ostatnio był u mnie człowiek, który przez wiele lat pracował jako nauczyciel, a teraz zajmuje się wsparciem dla szkół. I mówi: "Pani minister, zostałem nauczycielem dyplomowanym w wieku 31 lat i teraz mógłbym już nic nie robić do końca życia". Nauczyciele nie mają żadnego systemowego bodźca do rozwoju.

I w związku z tym?

- Należałoby starą Kartę nauczyciela wyrzucić do kosza i zbudować nową.

A poza kompetencjami dyrektora co powinno się zmienić?
Chodzi o zarobki?

- Na pewno pieniądze, które idą na oświatę, powinny lepiej pracować w systemie. A są niemałe, bo 39,5 miliarda złotych. Trzeba więc spokojnie usiąść i postawić sobie podstawowe pytania: jak ważna dla państwa jest edukacja? Jak ona jest umiejscowiona w systemie? Czy zawód nauczyciela powinien mieć specjalne uregulowania? I jeśli tak, to jakie?

No to je postawmy.

- Uważam, że edukacja dla funkcjonowania państwa jest bardzo ważna. Być może najważniejsza. I dlatego nie wyobrażam sobie całkowitego urynkowienia tego zawodu. Ale też nie wyobrażam sobie, że będzie tak, jak jest.

Kiedy pani się do tego weźmie?

- Debata jest potrzebna już teraz. A w sensie politycznym to musi być pierwsza decyzja ministra po roku 2015.

Nad czym mamy więc debatować?

- Zacznijmy od najprostszych rzeczy typu: czy podręcznik ma być jedynie dodatkiem do pracy nauczyciela, czy podstawą? Czy dzieci mają odrabiać lekcje w domu, czy nie? Czy uczniowie mają rywalizować, czy współpracować? Czy zadania domowe w edukacji wczesnoszkolnej to dobry pomysł, czy raczej zły? Czy szkoła ma uczyć rygoru i odpowiedzialności od samego początku, czy podążać za uczniem? Czy jak się uczymy o przyrodzie i jest wiosna, to lepiej wyjść na zewnątrz, czy zostać w klasie i coś tam sobie czytać?

Straszne, że to wszystko trzeba regulować.

- To nie przepisy zmieniają świat! Musimy inaczej myśleć o procesie nauczania. I jednym z zadań MEN jest nakłonić do tej zmiany nauczycieli. Bo jak oni mają uczyć dzieci współpracy, jak sami nie potrafią ze sobą współpracować? Jeden z wiceministrów pojechał do Skandynawii, gdzie był świadkiem sytuacji, w której dwóch nauczycieli, jeden od historii, drugi od języka, zastanawia się, jak poprowadzić lekcje, bo najpierw jest historia, potem język, a im zależy na tym, żeby dzieci zobaczyły coś całościowo.

Fajne.

- Właśnie. Wrócił bardzo podniecony, pojechał do jakiejś małej szkoły w Polsce i mówi, że to tak fajnie można zrobić, a dyrektor na to: "Panie, ale jak ja mam zmusić nauczyciela polskiego i historii do współpracy, skoro oni ze sobą od dziesięciu lat nie rozmawiają". Z tą współpracą jest ogromny problem. A jeszcze większy z motywowaniem nauczycieli, by mieli odwagę cokolwiek zmieniać. Przecież wystarczy, że się ławki ustawi w podkowę. Niby drobiazg, a od razu zmieniają się relacje nauczyciela z uczniami i uczniów między sobą. Ale wtedy przychodzi sanepid i mówi, że te ławki tak nie mogą stać, bo się dzieciom szyja krzywi. (...)

Cała rozmowa: wyborcza.pl


bg Image