szumilas.png

- Nie dlatego wymyślono przedszkola i szkoły, by zabierać dzieciństwo, ale by stworzyć dziecku warunki rozwoju w tych obszarach, w których w domu nie są w stanie się tak szybko rozwijać - podkreśliła wiceprzewodnicząca sejmowej Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży Krystyna Szumilas, w rozmowie z Justyną Suchecką.

"Justyna Suchecka: Jakie będą skutki zatrzymania sześciolatków w przedszkolach? 

Krystyna Szumilas: Dla najmłodszych dzieci zabraknie miejsc. Kiedy szefowa MEN Anna Zalewska mówi, że mamy 50 tys. miejsc wolnych w przedszkolach, to nie wspomina, że są one tam, gdzie nie było chętnych. Zresztą to często jedno, dwa miejsca na przedszkole. W skali kraju robi wrażenie, ale rzeczywistość już tak różowa nie jest. Do przedszkoli publicznych w dużych miastach ustawiają się kolejki, a i w mniejszych są problemy. W miejscowości w moim okręgu wyborczym w ubiegłym roku nie przyjęto do przedszkoli wszystkich czterolatków i trzeba było stworzyć oddziały przedszkolne w szkołach, żeby te dzieci pomieścić. Choć już cztery lata temu wszystkie zerówki zostały przeniesione do szkół, nawet to nie pomogło, by było dość miejsc w przedszkolach.

Może trzeba było stawiać na budowę przedszkoli, a nie kierować sześciolatki do szkół? 

- To się nie wykluczało, ale miało uzupełniać. Jeszcze dziesięć lat temu większość dzieci była pozbawiona edukacji przedszkolnej, choć mówiliśmy: "Mamy piękne przedszkola". I one oczywiście działały, ale w dużych miastach. W dodatku były bardzo drogie. W 2005 r. większość dzieci wiejskich - a to one najbardziej potrzebowały przedszkoli - po raz pierwszy stykała się z edukacją formalną dopiero w wieku sześciu lat. Szły wtedy do oddziału zerowego w szkole, czyli na cztery, pięć godzin dziennie. Z międzynarodowych badań wiemy, że każdy rok w przedszkolu zwiększa szanse na sukces w szkole. Osiem lat temu zrobiłam analizę, jaka grupa dzieci idzie do pierwszej klasy, mając za sobą rok, dwa lub trzy lata edukacji przedszkolnej. Wówczas dzieci zaczynających edukację jako trzy- czy czterolatki trzeba było ze świecą szukać. A to przecież standard unijny.

PiS mówi, że nie we wszystkim musimy się oglądać na UE. 

- Tak, tak, już to słyszeliśmy. W latach 2005-07, gdy MEN kierował Roman Giertych, LPR była przeciwna upowszechnianiu przedszkoli. Wtedy posłowie PiS - wbrew resortowi - zaproponowali projektem poselskim zmiany w prawie, które pozwoliły na tworzenie innych form wychowania przedszkolnego. Wspólnie - PO i PiS - wprowadziliśmy te zmiany, bo dzięki temu łatwiej było tworzyć miejsca dla najmłodszych dzieci. Ale kilka lat później wprowadzenie obowiązku przedszkolnego dla pięciolatków nadal było w Polsce sprawą rewolucyjną.

I wzbudzało niechęć niemal tak dużą jak sześciolatki w szkołach. 

- Nie dlatego wymyślono przedszkola i szkoły, by zabierać dzieciństwo, ale by stworzyć dziecku warunki rozwoju w tych obszarach, w których w domu nie są w stanie się tak szybko rozwijać. To m.in. uspołecznienie, przebywanie w grupie, radzenie sobie z problemami, będąc daleko od mamy i taty, usamodzielnienie. Tylko z tymi argumentami trudno się przebić, a dyskusji o najmłodszych dzieciach towarzyszy wiele emocji. Musieliśmy walczyć ze stereotypami. Przez lata na pytanie: "Z czym kojarzy się przejście dziecka z przedszkola do szkoły?", wiele osób odpowiadało: "Szkoła to ławki, nie ma zabawek, trzeba się uczyć, przez 45 minut grzecznie siedzieć". I jeszcze: "Skończyły się żarty, zaczęło się życie". Takiej szkoły już nie ma. Zabawa zapisana jest w podstawie programowej, nauczyciele inaczej patrzą na swoją pracę z dziećmi.

A może pani się tak tylko wydaje i szkoła się wcale nie zmieniła? 

- Zmieniła, nie mam co do tego wątpliwości - potwierdzają to różne raporty, np. NIK. Tylko te wspomnienia są w nas mocno zakorzenione. Zresztą wiele osób nadal takiej szkoły chce. Wychowały się w niej i wydaje się im normalna. Gdy zaczynaliśmy tę reformę i mówiliśmy, że w klasach powinny być zabawki i dywaniki, wiele osób się buntowało: "Ale jak to, przecież to jest szkoła, te dzieci trzeba traktować poważnie". Dziś już mniej osób tak uważa. Rodzice oglądają szkoły, zanim wyślą do nich dzieci, a nauczyciele chwalą się na dniach otwartych, że mają place zabaw, uczniowie dostają czas na oddech. I to akurat jest ważne i potrzebne bez względu na to, czy dzieci w tej pierwszej klasie mają sześć czy siedem lat. Dla mnie głównym ciężarem tamtej reformy nie był wiek dzieci, tylko to, jak będą uczone. A uczone są lepiej.

Dlaczego nie udało się przekonać do tego państwa Elbanowskich i ich zwolenników? 

- Obawiam się, że państwa Elbanowskich nic by nie przekonało. Walczą z systemem i inaczej widzą wychowanie dzieci. Przy czym mają taką przewagę, że są w stanie dać im to, czego one potrzebują. Dzieci państwa Elbanowskich nie stracą bez względu na to, w jakim wieku pójdą do szkoły czy przedszkola. Ich rodzice dadzą im: czas, zabawki, książki i życie w grupie. Ale oprócz nich mamy w Polsce tysiące takich dzieci, które potrzebują wsparcia instytucjonalnego i pomocy w przygotowaniu do dalszego życia. Nie każdy rodzic - nawet jeśli bardzo chce - jest w stanie pomóc dziecku w rozwijaniu się. Niestety, nie każdy uważa też, że to jest najważniejsze. Dzieci w Polsce żyją w naprawdę różnych domach.

To niedobrze, że rodzice "dostali wolność"? 

- To jest po prostu trudne. Użyjmy analogii medycznej: widzę, że moje dziecko jest chore, ale nie wiem, czy z tego powodu ma dostać zastrzyk czy nie. Potrzebuję lekarza. Zresztą jako rodzic nawet nie zawsze mogę stwierdzić, że dziecko jest na coś chore, a lekarz by wiedział. Właśnie w takiej sytuacji zostawiliśmy rodziców. I to nie jest kwestia tego, czy oni znają swoje dziecko czy nie - zwykle znają najlepiej. Ten maluch potrzebuje też jednak fachowego spojrzenia i kogoś, kto poprowadzi go do świata wiedzy, wybierze dla niego najlepszą drogę. W przypadku małych dzieci np. - najlepsze metody nauki czytania i pisania.

1 września pierwszaki będą się uczyć według tego samego programu co teraz - dopasowanego do sześciolatków. Do tego wiele zerówek będzie w szkole, wybór będzie więc fikcyjny. Po co PiS taka reforma? 

- To spłacanie długów wyborczych wobec środowiska państwa Elbanowskich i "Solidarności". Przypuszczam, że obowiązek szkolny dla siedmiolatków był ich warunkiem. Ta zmiana jest przeprowadzana bezmyślnie. Nieuczciwie w stosunku do dzieci i rodziców. (...)"

Cała rozmowa: wyborcza.pl

Foto: PAP


bg Image