kidawa-blonska.png

"Platforma Obywatelska jest partią opozycyjną i zawsze będzie tam, gdzie ludzie będą potrzebowali wsparcia, gdzie ten proces jest potrzebny. W demokracji, kiedy już nie jest słuchany głos w sali sejmowej, w mediach, to wyjście na ulice jest ostatecznością - powiedziała Małgorzata Kidawa-Błońska w "Sygnałach Dnia".

Krzysztof Grzesiowski: Wicemarszałek Sejmu Rzeczpospolitej, pani Małgorzata Kidawa–Błońska, Platforma Obywatelska. Dzień dobry, pani marszałek.

Małgorzata Kidawa–Błońska: Dzień dobry, witam państwa.

Czy receptą na bycie w opozycji ma być aktywność na ulicach i w Europie?

Na pewno aktywność. Na pewno będąc w opozycji, i to tak trudnej opozycji, w jakiej w tej chwili jesteśmy w naszym parlamencie, gdzie nie ma żadnej dyskusji, musimy cały czas apelować, wskazywać, krzyczeć, co jest złego z naszym prawem, co jest źle robione, i cały czas musimy utrzymywać dobry kontakt z Polakami, żeby widzieli, co się dzieje, żeby nie dali się zwieść pięknym słowom, że wszystko dzieje się dobrze, że nic złego w Polsce się nie dzieje, że to są zmiany w dobrym kierunku. Musimy o tym mówić, a Platforma przez to, że jest partią, która ma duże doświadczenie, musi robić to w sposób wyjątkowy i czuwać nad tym, żeby prawo w Polsce było przestrzegane. W niezamierzony sposób staliśmy się obrońcą wolności i takich praw podstawowych w Polsce.

Ale przyzna pani, pani marszałek, że raczej manifestowanie uliczne nie kojarzy się z polityką Platformy Obywatelskiej. Może dlatego, że nie było takiej potrzeby przez ostatnie 8 lat, ale jednak.

Demokracja pozwala Polakom wychodzić na ulice wtedy, kiedy albo się z czegoś cieszą, chcą pokazać wspólny entuzjazm, są zadowoleni, że coś się dzieje, ale także wtedy, kiedy są rzeczy, dzieją się w naszym państwie, które budzą niepokój. I te pierwsze demonstracje, które w ostatnich tygodniach były w Polsce, pokazują, że Polakom nie jest wszystko jedno, że bacznie obserwują i mają odwagę pokazywać swój sprzeciw. Ale ważne, żeby to było po coś, żeby to nie były tylko manifestacje, które są i nikt z tego nie wyciąga żadnych wniosków. A Platforma jest partią opozycyjną i zawsze będzie tam, gdzie ludzie będą potrzebowali wsparcia, gdzie ten proces jest potrzebny. W demokracji, kiedy już nie jest słuchany głos w sali sejmowej, w mediach, to wyjście na ulice jest ostatecznością.

Podobnie jak wyjście z sali plenarnej. To też była chyba ostateczność, prawda?

Wyszliśmy raz z tej sali...

Znaczy to było po raz pierwszy i ostatni, tak?

Wyszliśmy raz z tej sali i proszę zwrócić uwagę, w którym momencie – kiedy właściwie już tylko posłowie zadawali pytania, przez cały dzień na żadne pytanie nie dostaliśmy odpowiedzi, a parlamentarzyści Prawa i Sprawiedliwości obrazili bardzo mocno cały Trybunał i jego funkcjonowanie. Więc na znak protestu wyszliśmy. To można zrobić tylko raz i ja rozumiem, dlaczego to zrobiliśmy, ale rzeczywiście bycie na sali sejmowej i próba mówienia to to jest nasz podstawowy obowiązek. Mówię próba, bo ten głos jest bardzo często blokowany.

Z tym wyjściem to też ciekawa sprawa. Grzegorz Schetyna, który prawdopodobnie zostanie przewodniczącym partii, zdecydują o tym członkowie Platformy, mówiąc o ówczesnym incydencie, stwierdził, że nawet nie byli państwo w stanie wytłumaczyć, dlaczego państwo wychodzą. Nawet określił to mianem śmiertelnego błędu Platformy, jednego z kilku.

Znaczy to nie był nasz śmiertelny błąd, a jest taki sposób traktowania człowieka, kiedy ma poczucie własnej wartości, przekonanie do swoich racji, że zderzenie z taką brutalnością trzeba jakoś zaprotestować. Pytanie jednominutowe w kółko powtarzane niczego by nie zmieniło. Wyjście z sali, pokazanie, że się na to nie zgadzamy może nie było najlepszą formą, ale w naszym poczuciu pokazywało nasz bardzo mocny sprzeciw, że nie zgadzamy się na takie traktowanie posłów na sali, nie zgadzamy się na obrażanie Trybunału, nie zgadzamy się na takie zachowania. Ja z wytłumaczeniem tego nie mam problemu. (...)"

Cała rozmowa: polskieradio.pl


bg Image