kopacz2.png

"Mam pełną satysfakcję z tego, co udało nam się zrobić w ciągu dwóch kadencji rządów PO-PSL - powiedziała w rozmowie z dziennikiem "Fakt" Ewa Kopacz

Fakt: To był trudny rok, klęska Platformy, i pani osobista przegrana, bo choć uzyskała pani najwyższy wynik w kraju, partia nie ma powodu do zadowolenia. Zrobiła pani rachunek sumienia?

Ewa Kopacz: To przede wszystkim pracowity i intensywny czas, premierostwo, potrójne wybory. Mam pełną satysfakcję z tego, co udało nam się zrobić w ciągu dwóch kadencji rządów PO-PSL. Nikt nie zaprzeczy, że to osiem lat intensywnego rozwoju Polski. Ludzie jeżdżą po innych drogach, podróżują szybszymi pociągami. Udogodnień, jakie przybyły Polakom przez ostatnie lata, nie sposób wymienić. Był moment, że Platforma skoncentrowała się na realizacji gospodarczych pomysłów, zbyt mało czasu poświęciła obywatelom. I PiS to sprytnie wykorzystał. Ale zapewniam, że ci, którzy głosowali na nich, szybko się rozczarują.

Wielu polityków, którzy musieli wycofać się ze swojej dotychczasowej aktywności, stracili wysokie stanowisko, boleśnie odczuło upadek. Jak pani sobie z tym radzi?

- Kobiety znacznie lepiej znoszą porażki od mężczyzn. Zawsze wychodziłam z założenia, że nic nie jest dane raz na zawsze. Byłam już w opozycji, pełniłam różne funkcje - ministra, marszałka, premiera. I nigdy się do nich specjalnie nie przywiązywałam.

Wygląda na to, że nie przejmuje się pani swoimi klęskami.

- Jestem racjonalistką. Jeden etap się kończy, drugi zaczyna.

W ważnych chwilach do pionu stawiał panią tata. Co by powiedziałby dziś?

- Gdy było mi ciężko, mówił: “chodź dziecko, zrobimy sobie dobrej, mocnej herbaty z cytryną”. Powtarzał mi, że jestem na tyle silna, że ze wszystkim dam sobie radę. Myślę, że i teraz nade mną czuwa.

Była pani córeczką tatusia, ukochaną Ewą.

- To prawda, nawet mama była zazdrosna o moje relacje z tatą. Byłam ulubioną córką, to z nim zawsze w pierwszej kolejności rozmawiałam o wszystkim, co mnie boli. Pytałam go kiedyś, czy dobrze robię, idąc do polityki. Chciał żebym spełniała marzenia. Nie krytykował mnie za to, że zrezygnowałam z leczenia.

Wróciłaby pani do zawodu?

- Ciężko po tylu latach wrócić. Przyznam, że gdy widzę karetkę jadącą na sygnale, wciąż targają mną dawne emocje. Podobne do tych, gdy sama jeździłam jako lekarz pogotowia. Ale staram się być na bieżąco - bo zarówno córka jak i zięć funkcjonują w tym zawodzie. Non stop toczą się w naszym domu spory i dyskusje o chorobach, diagnozach.

Przyszedł czas na odpoczynek?

- Wręcz przeciwnie. Otrzymałam mandat, pracuję pełną parą. Po to przyszliśmy do parlamentu, by pracować na rzecz obywateli. Przed nami wybory władz partii, ale nie straciliśmy napędu i kontaktu z rzeczywistością.

Czego życzyłaby pani Beacie Szydło na Nowy Rok?

- Jak każdej kobiecie  na tak prestiżowym stanowisku - siły. Aby miała jej na tyle, by być samodzielnym politykiem.

Jak przekonują pani koledzy, PiS wykorzystuje wasze pomysły. Choćby w sprawie wygaszania kopalń.

- Pamiętam dzień, gdy w Sejmie doszło do awantury o restrukturyzację  kopalń. Teraz PiS z korzysta z naszego pomysłu. Podobnie było z gazoportem i uchodźcami. Stanowisko, jakie zostało wynegocjowane przez naszą ekipę, PiS podtrzymał. Chełpią się tym, co udaje im się w ciągu jednej nocy załatwić, a tak naprawdę podpisują się pod naszymi inicjatywami, które do niedawna uważali za naszą porażkę!

Jak odnajduje się pani w nowej rzeczywistości, nocnych głosowaniach i posiedzeniach komisji?

- Jestem przyzwyczajona do ciężkiej pracy, nocnych dyżurów, więc kompletnie mi to nie przeszkadza. Co nie zmienia faktu, że prace Sejmu powinny toczyć się spokojnie, a posiedzenia - zaczynać od 9. O trudnych, ważnych dla Polaków sprawach nie powinno się przesądzać w środku nocy.

Nowy marszałek rozprawia się z opozycją dość kategorycznie, wlepia kary za przekroczenie czasu wystąpień. Jak pani ocenia Marka Kuchcińskiego?

- Przekracza granice, jest nieobiektywny w rozdziale głosów. Operuje tylko dwoma punktami regulaminu, które mówią o tym, co jest wnioskiem formalnym i za co grozi kara. Nauczył się ich na pamięć. Jest stronniczy, wdaje się w dyskusję, nie wypełnia dobrze swoich obowiązków.  Żaden z jego poprzedników nie zachowywał się tak skandalicznie.

Znacie się dobrze, przez wiele lat był wicemarszałkiem. Wtedy postępował podobnie?

- Nie. Wspominam go jako przemiłego, sympatycznego, zgodnego wicemarszałka. Nawet, gdy upierał się przy swoich racjach, robił to z wdziękiem. Zmienił się na niekorzyść. (...)"

Cała rozmowa: fakt.pl


bg Image