grupinski_3.png

Powyborcza premia ulatuje. Pytanie, jak szybko PiS ją wytraci. Patrząc na pomysły z Macierewiczem, Kamińskim i Ziobro jestem przekonany, że szybko przyjdzie otrzeźwienie. Naszym zadaniem będzie wskazywanie wszystkich słabości PiS - mówi poseł Rafał Grupiński w rozmowie z Agatonem Kozińskim.

"Agaton Koziński: Borys Budka, Grzegorz Schetyna, Tomasz Siemoniak – trzech kandydatów na szefa PO. Który z nich wygra?

Rafał Grupiński: Najpierw poczekajmy do końca listopada i przekonajmy się, czy kandydatów jest rzeczywiście trzech, czy może jednak więcej.

Przecież liczba nie ma większego znaczenia. I tak liczą się tylko Schetyna i Siemoniak.

Zapewne tak, ważna byłaby jednak informacja, z którego skrzydła Platformy pojawią się jeszcze kandydaci – ponieważ liczba rywali ma wpływ na stopień rozproszenia się głosów.

Ilu kandydatów Pan się spodziewa?

Nie będzie ich wielu więcej niż obecnie, ale ktoś się jeszcze może pojawić. Oddzielna sprawa, ilu z tych kandydatów dotrwa do wyborów, które rozpoczną się 21 grudnia.

Czy Tomasz Siemoniak jest groźniejszym rywalem dla Grzegorza Schetyny niż Ewa Kopacz?

Przewodnicząca Ewa Kopacz ma przede wszystkim ogromne doświadczenie, była ministrem zdrowia, marszałkiem Sejmu, i premierem. Tomasz Siemoniak zawsze był tym drugim - czy to jako wiceprezydent Warszawy u Pawła Piskorskiego, wiceminister spraw wewnętrznych, gdy resortem kierował Grzegorz Schetyna, czy w rządzie jako wicepremier.

Do końca podkreślał też swoją lojalność wobec Ewy Kopacz.

Rozumiem logikę, zgodnie z którą środowisko, wspierające Ewę Kopacz zdecydowało się wysunąć jego kandydaturę. I tak właśnie na nią należy patrzeć.

Zapisał Pan właśnie Siemoniaka do obozu Ewy Kopacz – który przegrał wybory na szefa klubu PO w Sejmie. Czy z tego wynika, że Siemoniak nie ma szans w wyborach na szefa partii?

Rozkład sił w klubie jest w dużej mierze emanacją oczekiwań pani premier, w końcu to ona miała decydujący wpływ na mandatowe miejsca na listach wyborczych. Ale ten rozkład nie odzwierciedla podziału sympatii w całej partii.

Teraz między wierszami podśmiewa się Pan z pani premier, że ułożyła klub po swojemu, a wybory i tak przegrała.

Nie, broń Boże, nigdy bym sobie na to nie pozwolił. Jestem osobą na tyle kulturalną, że nie pozwalam sobie na podśmiewywanie się z kogokolwiek.

Wiem o tym – dlatego szukam między wierszami.

Między wierszami jest tylko mój oddech. Natomiast uważam, że rozkład sił w partii jest inny niż w klubie.

Czyli lepiej by było dla Siemoniaka, żeby w ogóle nie startował w tej rywalizacji? Bo teraz ma ładne CV, a za chwilę je sobie popsuje porażką.

Wygląda na to, że członkowie Platformy będą chcieli wybrać kogoś, kto będzie na tyle mocny, by przeprowadzić partię przez morze Czerwone – choć trafniej byłoby powiedzieć: pisowskie morze Czarne – do przyszłego zwycięstwa. Potrzebny jest do tego człowiek z doświadczeniem politycznym i wizją.

Rozumiem, że teraz Pan mówi o Grzegorzu Schetynie. On przez ostanie sześć lat był spychany na margines – ale dziś w Platformie mówią, że „straszenie Schetyną przestaje działać”. Co się zmieniło?

Sporo osób sobie przypomniało, że Grzegorz Schetyna był współautorem największych sukcesów Platformy. On daje rękojmię tego, że następna kampania wyborcza będzie lepiej, sprawniej przygotowana, bo ma ogromne doświadczenie w ich nadzorowaniu i współprowadzeniu. Prowadzeniu kampanii zwycięskich, co warto podkreślić.

Sporo osób się przyznaje do tego, że prowadziło te zwycięskie kampanie.

I słusznie. Kampanię w 2007 r. prowadził Sławomir Nowak, z którym świetnie się współpracowało, cztery lata później Jacek Protasiewicz. Ale w istocie Donald Tusk z Grzegorzem Schetyną decydowali o większości politycznych posunięć i taktycznych zmian. To oni zatwierdzali – bądź odrzucali – poszczególne rozwiązania. Jacek Protasiewicz w czasie kampanii 2011 r. bardzo często bywał u ówczesnego marszałka Sejmu, by porozmawiać o pomysłach na billboardy, czy hasłach typu „Polska w budowie”. Wiem o tym dobrze, bo sam brałem w nich udział.

Wtedy takie apolityczne pomysły były w punkt. Ale teraz nadeszły czasy bardzo polityczne. To wymaga jednak innego typu reakcji.

Platforma jest obecnie w fazie twardego lądowania. Umiarkowany elektorat, którzy przez lata popierał nas, teraz w części zagłosował na PiS. Uznał, że potrzebna jest zmiana, rozczarowany Platformą. Teraz PiS dodatkowo zgarnia premię za zwycięstwo w środowiskach roszczeniowych – bo jest grupa wyborców przerzucających swoje poparcie z lewa na prawo, tylko i wyłącznie licząc na to, że coś z tego konkretnego będą mieli.

Daleko Wam PiS odleciał?

Sam chciałbym to wiedzieć. Na pewno nie osiągnęli tego poziomu, który nam się udało – przecież w pewnym momencie na Platformę po zwycięstwie w 2007 r. chciało głosować ponad 50 proc. wyborców. Ale taka powyborcza premia ulatuje. Pytanie, jak szybko PiS ją wytraci. Patrząc na pomysły z Macierewiczem, Kamińskim i Ziobro jestem przekonany, że szybko przyjdzie otrzeźwienie. Naszym zadaniem będzie wskazywanie wszystkich słabości PiS.

Myśli Pan, że to Was powiezie? Wystarczy być antypisem, by wygrać kolejne wybory?

Nie, musimy przebudować nasz program. Ale poczekajmy najpierw, aż będzie nowy przewodniczący. Grzegorz Schetyna mówi wyraźnie o potrzebie odnowy, nowym otwarciu programowym, powrocie do korzeni Platformy. (...)"

Cała rozmowa: "Polska The Times" nr 94 (1456), str. 06 - 07


bg Image