kidawa4.png

Trybunał Stanu to jest sprawdzenie, czy nie została naruszona konstytucja. Wniosek o postawienie byłego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobro przed Trybunał Stanu to sygnał dla polityków, że zawsze mogą zostać rozliczeni - stwierdziła w "Jeden na jeden" marszałek Sejmu Małgorzata Kidawa-Błońska.

PO, PSL i SLD opowiedziały się w czwartkowej debacie za postawieniem byłego ministra sprawiedliwości, prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry przed Trybunałem Stanu. Przeciw były PiS i Zjednoczona Prawica. O losach wniosku Sejm zdecyduje w piątkowych głosowaniach. Małgorzata Kidawa-Błońska stwierdziła, że wniosek o Trybunał Stanu dla Ziobry to ostrzeżenie, że jako minister sprawiedliwości i prokurator generalny "dokonał rzeczy, których polityk nie powinien robić". - Wiele rzeczy nie powinno mieć miejsca, pewne działania nie powinny mieć miejsca, bo one zdecydowanie wykraczały poza polskie prawo i nawet czasami naruszały konstytucję - dodała.

- Chciałabym, żeby pan Ziobro stanął przed Trybunałem i wyjaśnione zostały pewne rzeczy, które przez wiele lat bulwersowały opinię publiczną - powiedziała, pytana jak zagłosuje w piątkowym głosowaniu.

"Trybunał to nie jest odwet"

Marszałek Sejmu zaprzeczyła, że sprawa Ziobry przysporzy mu popularności przez wyborami i zrobi z niego "męczennika". Dodała, że także wolałaby, by głosowanie nie odbywało się na ostatnim posiedzeniu Sejmu, ale tak pracowała komisja odpowiedzialności konstytucyjnej. - Trybunał to nie jest odwet. To jest sprawdzenie, czy nie została naruszona konstytucja. Każdy polityk powinien mieć w głowie to, kiedyś łamiąc prawo czy wykraczając poza prawo, prowadząc politykę, może się z czymś takim spotkać.

"Jestem zażenowana", "bardzo wiele niezręczności"

Kidawa-Błońska była także pytana o spotkanie szefowej MSW Teresy Piotrowskiej z prezydentem Andrzejem Dudą. Stwierdziła, że odrzucenie zaproszenia nie było "przepychankami" z kancelarią prezydenta, a zbiegiem "bardzo wielu niezręczności". - Jestem trochę tym zażenowana - stwierdziła. Wyjaśniła, że pierwsze zaproszenie pojawiło się, kiedy trwały negocjacje, więc prezydent "zaprosił minister w nieszczęśliwym momencie" i gdyby do spotkania doszło, to otrzymałby niepełną informację dot. uchodźców. Kidawa-Błońska stwierdziła także, że złamaniem dobrego obyczaju jest brak zaproszenia z kancelarii prezydenta na spotkanie z premier Ewą Kopacz. Wyjaśniła, że prezydent Lech Kaczyński na początku kadencji zaprosił ówczesnego premiera Donalda Tuska na rozmowę, teraz tego nie było. - W dobrym zwyczaju jest to, że obejmując urząd (prezydent - red.) spotyka się i mówi się o planach, jak chciałoby się współpracę - nawet przez tak krótki okres jak do wyborów - prowadzić - dodała.

Źródło: tvn24.pl


bg Image