maecka.png

Nie zakazałam używać słodyczy i lizaków, tylko chciałabym, żeby szkoła, która edukuje i wychowuje, pokazywała również, jak powinniśmy się odżywiać - powiedziała Beata Małecka-Libera w rozmowie na temat ustawy o zdrowiu publicznym.

Elżbieta Cichocka: Mamy wreszcie ustawę o zdrowiu publicznym. Cel jest szczytny - nie tylko leczenie się liczy, lecz także troska o to, byśmy mniej chorowali. Zdrowsza żywność, czystsze powietrze, edukacja i profilaktyka. Wszyscy są za. Ale potem trzeba decydować. W resorcie rolnictwa jest tak: albo więcej chemii, wyższe plony, więcej pieniędzy, albo mniej chemii, niższe plony, zdrowsza żywność. Jaki interes wygra?

Beata Małecka-Libera: No właśnie, to jest super spojrzenie na zdrowie publiczne. Dlatego ustawa przewiduje powstanie komitetu sterującego złożonego z przedstawicieli poszczególnych ministerstw. Początkowo ten pomysł był trochę wyśmiewany, ale teraz już widzę, że wszyscy zrozumieli, o co chodzi. A mianowicie, żebyśmy razem, przedstawiciele wszystkich resortów, w których każdy ma swoje priorytety, spojrzeli na pewne rzeczy przez aspekt zdrowia.

Jeszcze jako posłanka spotykałam się z przedstawicielami ministerstw, np. żeby porozmawiać o temacie otyłości. Widziałam, jak urzędnicy różnych resortów chwalili się tym, co robili. I rzeczywiście robili. Tylko współpracy między nimi nigdy nie widziałam. A teraz usiądziemy razem i na dany problem spojrzymy wspólnie. Zetrą się racje wszystkich. Więcej zrobimy i więcej osiągniemy. A i pieniądze będą wydane efektywniej.

Może pani podać przykład takiego wspólnego działania?

- Przykładem jest współpraca z Ministerstwem Środowiska. Czy pani słyszała kiedykolwiek wcześniej, żeby minister środowiska robił wspólne konferencje z ministrem zdrowia? A teraz działamy razem. Oni robią program ochrony powietrza właśnie pod kątem zdrowia. Bo przecież nie chodzi o to, by oczyścić powietrze z pyłu, tylko zmniejszyć zagrożenie ludzi. Nowotworami, astmą, alergią.

Podczas badań potrzebnych do pracy nad tym programem okazało się, że to nie przemysł jest głównym winowajcą, tylko zachowania ludzkie. Niszczymy powietrze w miastach głównie z powodu nadmiernego zagęszczenia samochodów i palenia w piecach różnymi plastikami. O ile przemysł jest pod kontrolą, o tyle domek jednorodzinny - nie. I bardzo często rodzice wrzucają do pieca plastikowe butelki, a w tym samym czasie dzieci wybiegają na podwórko, żeby pooddychać świeżym powietrzem.

Decyzje o prozdrowotnych działaniach rządu nie zawsze będą się podobać. Współpraca z Ministerstwem Edukacji przyniosła zmianę w sklepikach szkolnych: żadnego śmieciowego jedzenia. Ale czy musi to być tak bardzo usztywnione, np. pieczywo musi być z pełnego przemiału? I potem mamy protesty młodzieży.

- To było trudne rozporządzenie. Większość rzeczy należałoby wziąć na logikę i rozsądek, ale to nie takie łatwe. Rozporządzenie zostało przygotowane przez ekspertów żywienia. To oni wskazywali, jakie normy soli, cukru czy tłuszczu powinny być zawarte w poszczególnych produktach. I przekonywali, że lepiej zjeść ciemne pieczywo niż białą bułkę.

Na pewno lepiej, ale wyrzucenie tej bułki ze sklepiku prowadzi do tego, że dziecko nie kupi kanapki.

- Dlaczego? Może dzisiaj nie, ale może jutro kupi. I o to nam chodzi. Przepisy są nowe, obserwujemy, jak nowe wytyczne wdrażane są w życie, i jesteśmy otwarci na wszelkie sugestie oraz opinie.

W międzyczasie te sklepiki upadną.

- Nie zgadzam się. Przecież szkolne sklepiki to nie jakieś wielkie molochy, które zarabiają nie wiadomo jakie pieniądze. One zarabiają na sprzedaży dzieciom śniadania. To tylko kwestia tego, co sprzedawcy zaoferują. Teraz są fantastyczne możliwości. Płatki z jogurtem, które można zrobić i sprzedawać, sałatki owocowe, mnóstwo sałatek warzywnych. Kromka ciemnego pieczywa może być składnikiem smakowitej kanapki.

Ale wiele dzieci jest przyzwyczajonych do innego żywienia w domu.

- Właśnie ich chcemy odzwyczaić. Poprzez szkołę, między innymi przez pokazanie, że może być inne jedzenie. Też smaczne, ale zdrowsze. Chcemy tego uczyć. Wczoraj dostałam chyba 20 albo 30 e-maili, że powinnam zmienić to rozporządzenie, bo dziecko nie może kupić w sklepiku lizaka. No nie może. Jak będzie chciało, a mama się na to zgodzi, to mu kupi po południu, co za problem. Nie zakazałam używać słodyczy i lizaków, tylko chciałabym, żeby szkoła, która edukuje i wychowuje, pokazywała również, jak powinniśmy się odżywiać.

Powtarzam to jako dykteryjkę, ale to jest fakt. Kiedyś byłam na wakacjach za granicą. Tam się dowiedziałam, że burmistrz wydał zarządzenie w swoim miasteczku: wszystkie dzieci, które przychodzą do szkoły, mają mieć kanapkę z ciemnego pieczywa i jabłko. Czy tam ktoś się burzył z tego powodu? Nikt. Wszystkie dzieci miały kanapkę z ciemnego pieczywa i jabłko. Wyobraża pani sobie u nas taką regulację? Nie.

Dlatego musimy edukować. Mama może kupić batonik dziecku do szkoły, jeżeli uważa, że tak jest dobrze. A w szkole dziecko ma widzieć zdrowe produkty. (...)

Cała rozmowa: wyborcza.pl


bg Image