kierwinski.png

Przedstawimy dokładne wyliczenia, ale nikt z dziś zatrudnionych na umowach o pracę nie straci na skonsolidowanym podatku - powiedział szef Gabinetu Politycznego premier Ewy Kopacz. 

Renata Grochal: Ludwik Dorn mówił, że „Platforma nie jest szambem, ale gównem zalatuje”. Zgadza się pan z nowym kolegą z list PO?

Marcin Kierwiński: Z tą wypowiedzią Ludwika Dorna całkowicie się nie zgadzam. Polska pod rządami PO suchą stopą przeszła przez kryzys, osiągnęła rekordowe wskaźniki makroekonomiczne, 24-proc. wzrost PKB wtedy, kiedy PKB łączne UE się kurczyło. To jest coś, czym powinniśmy się chwalić.

Czy Ludwik Dorn przysporzy takimi wypowiedziami głosów PO?

Dla tych wyborców, którzy są bardziej na prawo sceny politycznej, Ludwik Dorn może być ciekawą alternatywą. Natomiast wolałbym, żeby powściągnął swój język.

Czy pan jako wyborca PO zagłosowałby na Dorna, jednego z twórców IV RP?

Znam ludzi Platformy, bo jestem w tej partii od początku, i pewnie zagłosowałbym na kogoś z dzisiejszych posłów PO, kto pracuje w Platformie od lat. Ale tak jak powiedziałem – Platforma to formacja, w której odnajdują się osoby o bardzo różnych doświadczeniach życiowych i wartościach.

Nie obawia się pan, że PO może więcej stracić, niż zyskać, wystawiając takie osoby jak Dorn, Napieralski czy pomagając Giertychowi?

Dziś jest bardzo silny podział społeczny na Polskę, którą reprezentuje PO, i Polskę reprezentowaną przez PiS. Polska PO jest otwarta, proeuropejska. Jeżeli są politycy, także ci, którzy nie utożsamiali się dotąd z Platformą, ale rozumieją, że trzeba stawiać tamę populizmowi gospodarczemu w wydaniu PiS, brakowi tolerancji dla wolnościowego myślenia, to takich polityków powinniśmy zapraszać na nasze listy.

Czy jest jakaś granica w budowaniu frontu anty-PiS? Kogo byście nie wzięli na listy?

Każdy przypadek musi być rozpatrywany indywidualnie. Ale Ludwik Dorn od kilku lat był bardzo zdystansowany wobec tego, w jakim kierunku zmieniał się PiS. Dziś PiS ma twarz Antoniego Macierewicza, Jarosława Kaczyńskiego i pani prof. Krystyny Pawłowicz.

Oni akurat są schowani w kampanii. Dziś PiS ma twarz Beaty Szydło i prezydenta Andrzeja Dudy, który włączył się w kampanię tej partii.

To, że schowano Macierewicza i prezesa Kaczyńskiego, nie znaczy, że oni przestali być ważni w PiS. Jestem przekonany, że zaraz po wyborach będą odgrywać pierwszoplanowe role.

Niemcy i Słowacja przywracają kontrole na granicach. Czy kryzys imigracyjny może prowadzić do końca strefy Schengen?

Europa staje dziś przed ważnym problemem do rozwiązania, ale nie sądzę, by istniało realne zagrożenie, że strefa Schengen przestanie istnieć. To, co zrobiły Niemcy, możemy różnie oceniać, ale jest to zgodne z postanowieniami traktatu z Schengen.

Polska też wprowadzi kontrole na granicach?

Takich planów nie ma, choć premier jasno powiedziała, że w razie jakichkolwiek sygnałów o potencjalnej groźbie dla Polski i Polaków nasze granice zostaną objęte kontrolą.

Dlaczego Polska nie chce się zgodzić na obligatoryjne kwoty uchodźców? Nie obawia się pan, że za chwilę Niemcy będą mniej hojne dla nas przy negocjacjach nowego budżetu UE, co już dziś sugerują?

Dzisiaj wśród przywódców państw europejskich, co mnie nie dziwi, emocje są duże. Powinniśmy na spokojnie dyskutować nad rozwiązaniem tej trudnej dla Europy kwestii. Jestem spokojny o przebieg rozmów.

Ilu uchodźców Polska jest w stanie przyjąć?

Więcej niż 2 tys., które wcześniej zadeklarowaliśmy. Dziś jest ważna nie tylko liczba uchodźców, których poszczególne kraje UE mają przyjąć, ale także uszczelnienie granic Unii, możliwość monitorowania osób, które do nas przyjadą, tak by zapewnić bezpieczeństwo naszym obywatelom. Te warunki na forum UE bardzo wyraźnie prezentuje premier Ewa Kopacz.

Dlaczego premier zmieniła zdanie w sprawie liczby uchodźców?

Jeszcze kilka miesięcy temu prawie żaden z polityków europejskich nie przewidywał, że skala tego kryzysu humanitarnego będzie tak duża. Chcemy być solidarni, ale ta solidarność musi być racjonalna. To oznacza, że chcemy przyjmować taką liczbę uchodźców, na którą będzie nas stać.

Zgadza się pan z Jarosławem Gowinem, że powinniśmy przyjmować tylko chrześcijan, a nie muzułmanów?

Prawica, która ma często bardzo szczytne hasła wypisane na sztandarach, powinna z większą empatią pochylić się nad dramatem tych ludzi, którzy uciekają ze swoich domów w obawie przed utratą życia. Powinna patrzeć na dzieci, które uciekają przed śmiercią przez Morze Śródziemne. Nie dzieliłbym tutaj ludzi na chrześcijan i muzułmanów. Raczej kierowałbym się tym, co mówi papież Franciszek, wzywając Europę do solidarności.

Czy nie obawia się pan, że wraz z falą uchodźców do Polski przyjdzie terroryzm?

Nie można tu popadać w panikę. Każdy z krajów członkowskich musi mieć możliwość monitorowania i wyboru, kogo przyjmie. Europa i Polska mają instrumenty, by takie kontrole prowadzić.

Nie sądzi pan, że Polska traci w Europie, gdy jej premier występuje z Viktorem Orbánem, który szczuje przeciwko uchodźcom?

Odpowiedzialny polityk rozmawia ze wszystkimi partnerami w UE, a Węgry są przecież członkiem Unii. To, że stawiamy twarde warunki w sprawie uchodźców, nie oznacza, że nasze stanowisko jest choćby zbliżone do tego, które prezentują Węgry.

Sondaże pokazują, że Polacy boją się uchodźców.

Jest pewna obawa w polskim społeczeństwie, tak jak w całej Unii. Z taką falą migracji nie mieliśmy do czynienia od czasu II wojny światowej. Obawa jest tym większa, że uchodźcy różnią się od nas kulturowo.

A pan przyjąłby do swojego domu uchodźców? Lech Wałęsa mówi, że on tak.

To pytanie tworzy fałszywy obraz rzeczywistości. Wygląda tak, jakby uchodźcy mieli zamieszkać w domach Polaków, a oni zostaną rozlokowani w ośrodkach dla uchodźców. Jestem za to zbudowany postawą polskiego Episkopatu, który apeluje do parafii o pomoc.

Dlaczego premier nie chciała się początkowo zgodzić na debatę na temat uchodźców, o którą apelowała opozycja?

Pani premier chciała mieć komplet informacji, a spotkanie ministrów w Brukseli było w poniedziałek. Poza tym zaprosiła do siebie szefów ugrupowań parlamentarnych, by porozmawiać o uchodźcach. Niestety, liderzy opozycji odrzucili możliwość merytorycznej rozmowy.

Opozycja mówi, że premier chciała w ten sposób obarczyć ich odpowiedzialnością za podejmowane przez rząd decyzje.

Niestety, opozycja wykorzystuje sprawę uchodźców w kampanii wyborczej. Wiadomo, że jeśli rząd podejmuje decyzje, to ich konsekwencji nie da się przerzucić na opozycję. Pani premier wielokrotnie mówiła, że bierze odpowiedzialność za swoje decyzje. W sprawach ważnych, a taką jest kwestia uchodźców, dialog pomiędzy koalicją a opozycją powinien się odbywać. Liderzy opozycji powinni zaproszenie przyjąć. Rozumiem, że jest kampania wyborcza, ale to nie zwalnia z zaangażowania w ważne dla Polski sprawy.

Dlaczego tak fatalnie przedstawiliście nowy program PO, że nawet działacze mieli problem, by zrozumieć, o co chodzi?

Program został zaprezentowany jasno i czytelnie. Dostaliście państwo książeczkę programową, w której wszystkie propozycje zostały dokładnie opisane.

Przecież minister finansów musiał prostować premier, że wcale nie będzie jednolitej stawki podatku na poziomie 10 proc., tylko podatek będzie progresywny.

Proponujemy wprowadzenie jednolitego podatku, którego wysokość będzie wynosiła od 10 proc. do 39,5 proc. To mówiła pani premier na konwencji PO, to mówił szef naszego zespołu gospodarczego Janusz Lewandowski, to wreszcie zostało przedstawione w naszym programie.

Premier akurat o tej wyższej stawce nie wspomniała. Mówiła też o likwidacji składek na ZUS i NFZ, a tak naprawdę zapłacimy je, tylko że w formie skonsolidowanego podatku.

Pani premier mówiła o tym, że dotychczasowe składki na ZUS i NFZ będą finansowane z budżetu państwa. Jednocześnie proponujemy zmianę systemu podatkowego. Nawet w przypadku tej nowej maksymalnej wysokości podatku będzie ona niższa niż aktualnie płacona przez najlepiej zarabiające osoby suma podatku PIT i innych obciążeń.

Ile skonsolidowanego podatku zapłacą ci, którzy zarabiają dziś średnią krajową lub dwie średnie krajowe?

Przedstawimy bardzo dokładne wyliczenia, ale powtórzę, że nikt z dziś zatrudnionych na umowach o pracę nie straci. Wszyscy zyskują, niektórzy nawet sporo. Podawany był przykład rodziny z dwójką dzieci, gdzie jedyny żywiciel zarabiający pensję minimalną zapłaci obciążenia na poziomie 10 proc., a nie 30 proc. jak dziś.

No właśnie, najwięcej zyskają najubożsi, a co z klasą średnią, czyli waszym elektoratem?

Nowy system uwzględni przede wszystkim inny sposób obliczania podatku. Będzie on naliczany od dochodu na osobę w rodzinie, czyli skorzystają rodziny wielodzietne. Chcemy uprościć podatki. To jest oferta skierowana do naszego naturalnego elektoratu, m.in. przedsiębiorców. A to, że zaproponujemy rozwiązanie, które pomoże najmniej zarabiającym, to tylko zaleta tego programu.

Szacujecie koszt zmian na 10,2 mld zł, a w tym roku deficyt budżetowy wyniesie prawie 50 mld. Skąd wziąć pieniądze na te zmiany?

Wyszliśmy z procedury nadmiernego deficytu, nasze finanse publiczne są bezpieczne. Dlatego planujemy kolejny krok, jeżeli chodzi o system pracy w Polsce: wprowadzenie jednolitego kontraktu pracy, który skasuje umowy śmieciowe. Następnym krokiem będzie prosty jednorodny podatek.

Znowu pan uciekł od odpowiedzi. To ile będzie progów podatkowych? Dziś mamy dwa – 18 i 32 proc.

Wysokość podatku będzie się wahała od 10 do 39,5 proc. i będzie zależała od wysokości dochodów oraz od tego, ile dzieci jest w rodzinie. Nawet przy najwyższej wartości podatku ludzie zapłacą mniej niż przy dotychczasowym systemie.

Może nie chcecie powiedzieć wprost, że te zmiany sfinansują bogatsi?

Raz jeszcze powtórzę, że wszyscy zatrudnieni na umowach o pracę na tej zmianie skorzystają, a najbardziej ludzie gorzej sytuowani.

Czy nie sądzi pan, że PO, która przez ostatnie lata podnosiła podatki, jest niewiarygodna w swoich obietnicach?  Mieliście osiem lat na uproszczenie systemu podatkowego i likwidację śmieciówek.

Cztery lata temu szliśmy do wyborów, mówiąc, że chcemy modernizować kraj, inwestować w infrastrukturę: w autostrady, lotniska, i to się udało. Mówiliśmy o 300 mld zł z UE, a zdobyliśmy w nowym budżecie Unii znacznie więcej – 400 mld. Dotrzymaliśmy słowa. Większość Polaków dostrzega to, że Polska się zmienia. Mamy więcej żłobków, przedszkoli, dróg ekspresowych, autostrad. Dokonaliśmy więc kolejnego skoku cywilizacyjnego. Teraz czas na następny etap: na to, by ludzie byli beneficjentami tego, że Polska osiąga dobre wskaźniki makroekonomiczne. Proponujemy nie tylko jednolity kontrakt pracy, nowy system podatkowy, ale także minimalną stawkę godzinową na poziomie 12 zł. To jest dobrze przemyślany program. Jego realizacja sprawi, że ludzie odczują polski sukces w swoich kieszeniach.

A może PO pogodziła się z przegraną i postanowiła rzutem na taśmę zaproponować reformę, której i tak nie wprowadzi?

Platforma zamierza wygrać te wybory. Konwencję w Poznaniu otwierał prezydent tego miasta Jacek Jaśkowiak. Przed wyborami samorządowymi niewielu dawało mu szansę na wygraną. A jednak pokonał faworyta Ryszarda Grobelnego. Wierzymy, że wygramy nadchodzące wybory. (...)

Cała rozmowa: wyborcza.pl


bg Image