kluzik3.png

Problemem w sposobie wynagradzania osób prowadzących zajęcia szkolne jest wyrównanie pensji niezależnie od wyników. Nauczyciel świetny zarabia tyle samo, co nauczyciel bardzo przeciętny – powiedziała minister edukacji Joanna Kluzik-Rostkowska w „Polityce przy kawie” w TVP1.

Według minister edukacji konieczne jest przemyślenie sposobu wydawania środków na edukację. – Mamy 40 mld zł w systemie, możemy wydać je znacznie lepiej – stwierdziła i dodała, że zapraszała nauczycielskie związki zawodowe do rozmów na ten temat. Jednocześnie Joanna Kluzik-Rostkowska zastrzegła, że „okres wyborczy nie jest najlepszym momentem, żeby spokojnie o tym rozmawiać”. 

Podwyżki albo strajk 

Związek Nauczycielstwa Polskiego ogłosił w zeszłym tygodniu, że wszedł w spór z rządem i rozważa rozpoczęcie strajku. Nauczyciele żądają m.in. zwiększenia nakładów na oświatę i 10-procentowej podwyżki pensji. 

– To jest grupa, która mówi od 2013 roku, ponieważ wcześniej podwyżki dostawała. Przeciętnie pensja nauczycielska wzrosła o 50 proc. – wyjaśniła w „Polityce przy kawie” Joanna Kluzik-Rostkowska. Jej zdaniem ewentualne podwyżki muszą się wiązać z korzyściami także dla uczniów. 

– Dołożenie 10 proc. każdemu nauczycielowi nie spowoduje żadnej zmiany z punktu widzenia interesu ucznia – stwierdziła minister. – Oczywiście chciałabym, żeby nauczyciele zarabiali dobrze, zwłaszcza nauczyciele najlepsi – dodała.

Bunt rodziców

Minister odniosła się także do kwestii posyłania do szkół sześciolatków. Wielu rodziców pobrało dokumenty – popularnie zwane „odroczeniami” – pozwalające na pozostawienie dzieci w przedszkolu zamiast wysyłania ich do szkolnych ławek. 

– Duża część tych odroczeń to były sytuacje, w których rodzice chcieli mieć pewność, że jeśli nie zdecydują się posłać dziecka do szkoły, będą mieli miejsce w przedszkolu – powiedziała Joanna Kluzik-Rostkowska. Zastrzegła, że jeżeli rodzice się rozmyślą i zdecydują się jednak posłać dziecko do szkoły, nie będzie z tym problemu. 

– Sam fakt istnienia dokumentu jeszcze nie świadczy o tym, że dziecko do szkoły nie pójdzie – stwierdziła. Jej zdaniem spora część odroczeń to „bunt rodziców” przed wcześniejszym posyłaniem dzieci do szkół, związany z własnymi doświadczeniami pójścia do ławek. – Nasza szkoła była zupełnie inna – tłumaczyła.

Źródło: tvp.info


bg Image