Kidawa-Bonska.png

Jest kampania wyborcza i rozumiem, że pan Duda chce, żeby toczyła się wokół tematu euro, ale tak naprawdę to temat na kampanię parlamentarną a nie prezydencką - mówiła w "Kontrwywiadzie RMF" rzecznik rządu Małgorzata Kidawa-Błońska.

Konrad Piasecki: Czy rząd będzie teraz zażarcie i zaciekle przekonywał, że nawet w najśmielszych snach nie myślał, nie myśli i nie pomyśli o wejściu do strefy euro?

Małgorzata Kidawa-Błońska: Decyzję o tym, że kiedyś wejdziemy do strefy euro podjęliśmy przyjmując dokument akcesyjny. To wtedy Polska zdecydowała się, że kiedyś do tego dojdziemy.

I oto nagle przyszła kampania wyborcza roku 2015 i okazuje się, że to euro jest sierotą, nikt go nie chciał, nikt w ogóle nie myślał i nie marzył o euro.

Nie, nagle okazało się, że jeden z kandydatów na prezydenta stwierdził, że to od prezydenta zależy, czy Polska wejdzie do strefy euro i kiedy wejdzie.

Ale to może rządzący powinni zacząć bronić tego nieszczęsnego euro, które jest tak brutalnie traktowane w tej kampanii?

Jest kampania wyborcza i rozumiem, że pan Duda chce, żeby toczyła się wokół tego tematu, ale tak naprawdę...

Dobry temat na kampanię, przyzna pani.

Tak, ale chyba parlamentarną a nie prezydencką - to po pierwsze - bo jeżeli ktoś może w naszym kraju zadecydować, w którym momencie - bo to, że kiedyś wejdziemy do euro - nawet kandydat Duda mówi, że kiedyś euro w Polsce będzie.

Tylko on mówi - wtedy, kiedy zrównamy zarobki. A to ma być - jak mówią ekonomiści - w mniej więcej 2044 roku.

Pan Duda zawsze ma bardzo pesymistyczne wersje.

Nie, to nawet optymistyczni ekonomiści tak mówią.

Powiem tak - ile razy słyszałam o naszej gospodarce, że coś będzie za 40, 50 lat, to potrafiliśmy skrócić ten czas. Ale o tym będzie decydował parlament. To w parlamencie musi być większość, która stwierdzi, że wypełniliśmy wszystkie zobowiązania, że przyjęcie tej waluty jest bezpieczne dla naszej gospodarki, dla Polaków. Możemy dyskutować o tym w parlamencie i tutaj podejmować decyzje.

Ale kierunkowo Platforma Obywatelska myśli o przyjęciu euro w dającej się przewidzieć perspektywie?

Ależ oczywiście, nawet o tym mówiła pani premier Ewa Kopacz w swoim expose.

To dlaczego dzisiaj tak wszyscy umywają ręce?

Jeżeli jeden z kandydatów wygaduje takie rzeczy, to trudno rozmawiać na tym poziomie. Jeżeli chce merytorycznej dyskusji, jego parlamentarzyści siadają w Sejmie i rozmawiają na ten temat. Ale mówienie o tym, że wprowadzenie euro to będzie drożyzna, to będą drogie artykuły w sklepach, straszenie i te spoty - to jest niedorzeczność, takie oszukiwanie ludzi - bo nie on będzie tę decyzję podejmował.

Nie wiem, czy niedorzeczność, bo jak się spojrzy na ceny na Słowacji, rzeczywiście są dzisiaj wyższe niż w Polsce.

Ale jak się spojrzy na ceny na Litwie, to jest inaczej, każdy kraj jest inny. Są towary w Polsce tańsze i droższe. To jest bardzo populistyczne straszenie euro, tym bardziej, że sam mówi, że kiedyś do tego euro dojdziemy. 

Czyli rzecznik rządu dzisiaj mówi o euro, że rząd będzie próbował pracować w tej albo następnej kadencji nad wejściem do strefy euro, spełniać warunki?

W tej kadencji jest to na pewno niemożliwe. W przyszłości na pewno tak.

Ale w jak odległej przyszłości?

Kiedyś już myśleliśmy, że będzie to dużo prostsze...

Donald Tusk mówił 2011 rok.

Ale pojawił się kryzys gospodarczy. Nie można mówić twardych dat. Trzeba zobaczyć jaka jest nasza gospodarka, w jakiej sytuacji i wybrać bezpieczny moment, ale na pewno na to potrzeba jeszcze czasu.

A pani tak podskórnie czuje, że euro to który rok?

Nie chcę wróżyć, nie chcę wróżyć, ale na pewno nie najbliższa kadencja.

Do 2019 nie ma mowy?

Moim zdaniem nie, nawet jeśli byśmy bardzo chcieli, to będzie bardzo trudno.

A będziemy chcieli, jeśli Platforma utrzyma władzę?

Dla naszej gospodarki, w stabilnym systemie, jest to także dodatkowa gwarancja bezpieczeństwa. (...)

Cała rozmowa: rmf24.pl


bg Image