rulewski.png

Problemem jest cała armia pracowników korzystających z ochrony przed zwolnieniem. Zakład upada, a nikogo nie można zwolnić. I w ten sposób firmy nie daje się uratować, nagle się okazuje, że nie chodzi o ochronę interesów załogi. Chodzi jedynie o partykularne interesy działaczy. Tyle tylko że w efekcie okręt musi zatonąć - powiedział w rozmowie z Gazetą Wyborczą senator Jan Rulewski.

Dominika Wielowieyska: Pan - związkowiec, organizator wielu strajków w PRL - jest dziś w Platformie Obywatelskiej, która przez "S" i OPZZ jest uważana za głównego wroga. Przeciw rządowi co rusz protestują kolejne grupy zawodowe. Przeszedł pan na drugą stronę barykady?

Jan Rulewski: Raczej siedzę okrakiem na tej barykadzie. W tym roku będziemy obchodzić 35. rocznicę Porozumień Sierpniowych, bogatych w treści, ale i w zasady moralne. Przebijało się wtedy wezwanie, by rozmawiać "jak Polak z Polakiem". Wprawdzie padło z ust radzieckiego notariusza, jednak na chwilę uwierzono, że rozmowa w stoczni była rozmową o Polsce.

Rozmowy na Śląsku i zajazd rolników na Warszawę dalekie były od atmosfery tamtego lata. Doskwiera okrzyk płynący z tysięcy gardeł: "Złodzieje". Wykrzykują to ludzie, którzy wprawdzie ciężko pracują, ale czasami na biegu jałowym. Górnicy wydobywają węgiel, tylko nikt go nie chce. A oni nie chcą przyjąć tego do wiadomości.

Podobnie jak w komunie: ludzie jeszcze ciężej pracowali, ale nic z tego nie wynikało. Właśnie wówczas ks. Józef Tischner nawoływał, żeby rozpocząć "prace nad pracą".

Zdawałoby się, że rynek - choć globalny i europejski - tę równowagę pracy, jej efektywność i nastawienie na życzenia konsumenta przywróci. Jednak nie wszystkim taka sytuacja odpowiada. Górników nie interesują rynkowe zmiany energetyczne. Chcą jak dawniej wydobywać węgiel dla wydobycia, czyli na hałdy. Niech go kupują rolnicy zamiast tańszego rosyjskiego na granicy wschodniej lub amerykańskiego na północy. No, a że wtedy rolnicy będą mieli jeszcze większe kłopoty finansowe z powodu wieprzowego dołka? Nie szkodzi, państwo zapłaci - mówią związkowcy bezmyślnie.

Górnicy nie tylko domagali się zachowania swoich wysokich pensji mimo kiepskiej kondycji spółki, ale także żądali zwolnienia prezesa Jastrzębskiej Spółki Węglowej. Słusznie?

Na zjeździe "Solidarności" w Oliwie wnosiliśmy o obalenie nomenklatury partyjnej w gospodarce. Na Śląsku górnicy zabawiają się w kadrowego i chcą utworzyć swoją nomenklaturę. Po uważaniu. Moje doświadczenia związkowe ostrzegają przed wchodzeniem w spory personalne. Bo jeżeli związkowcy chcą sobie sami wybierać zarząd w spółce giełdowej, to muszą też wziąć odpowiedzialność za zakład w całości.

Wprawdzie prezes JSW brakiem wyczucia albo uprzedzeniami zasłużył sobie na niesławny finał, ale trzeba zapytać związki zawodowe, jak rozliczyły swoich czterech przedstawicieli w radzie nadzorczej? Czy oni ostrzegali odpowiednio wcześniej, że spółka jest na równi pochyłej? Czy prawdą jest, że za każde posiedzenie otrzymywali 4 tys. zł? I co zrobili dla dobra firmy, skoro brali za to całkiem niezłe pieniądze? Czy akceptowali wysoką pensję prezesa, na którego teraz pomstują i piętnują za wysokie dochody? Przecież to rada nadzorcza decyduje o płacach dla zarządu. A przede wszystkim czy usiłowali zapobiec nadmiernemu zadłużaniu się kopalni?

Tymczasem rolnicy tłumaczą, że ich działalność gospodarcza jest obarczona szczególnym ryzykiem, większym niż w innych branżach.

I rolnicy, sięgając do kieszeni podatnika, także tego na Śląsku, donośnie domagają się wprowadzenia zasady, że państwo gwarantuje opłacalność produkcji rolnej. Dlaczego tak skromnie? Niech jeszcze zażądają dodatkowych opłat z budżetu za to, że w ogóle pracują. Żarty na bok.

Gdyby minister rolnictwa Marek Sawicki się zgodził, to jeszcze więcej ludzi podjęłoby się hodowli wieprzów, napłynąłby spekulacyjny kapitał, a ulice miast - niczym w Indiach - zapełniłyby się wieprzami i krowami z powodu braku konsumenta. Tego przejedzonego i tego biednego, który oddał zresztą podatki na utrzymanie opłacalności produkcji rolnej.

W tych dwóch przykładach widać, że brniemy w koleiny, w których ciężka praca może być jałowa, a niemal kapłańska ofiarność działaczy związkowych ulecieć ze spalinami ciągników.

Ofiarność? Wielu związkowców ma etaty związkowe i zarabia całkiem sporo. Sfinansowanie tych etatów kosztuje spółki węglowe zależne od państwa kilkadziesiąt milionów rocznie, a związków jest tak dużo, że nie da się niczego ustalić, bo ścigają się ze sobą na radykalizm.

Nie będę się dołączał do tych ataków na związki, które bez przerwy są podejrzewane o korzyści polityczne lub materialne. Jeśliby tak było, to związki byłyby wszędzie, a tymczasem w Polsce mamy tylko 14 proc. uzwiązkowienia.

Temu medialnemu wrzaskowi niedoświadczonych redaktorów i reporterów zbytnio zawierzają władze publiczne, a także niemała część biznesu. Uśpione potęgą powyborczego mandatu lub absolutem własności zapominają, że fabryka, kopalnia to nie tylko surowiec, maszyna i robocizna, ale też wielka energia społeczna, a nawet ekonomiczna. Warto z nią prowadzić dialog.

Dialog jest potrzebny, ale w Polsce rzeczywistość wygląda tak: pracownicy i związkowcy ze spółek skarbu państwa zarabiający po kilka tysięcy złotych strajkują nieustająco, by wyłudzić od podatników kolejne dopłaty, a kobiety w supermarketach zarabiające pensję minimalną jakoś nie strajkują. Państwo jest słabe i bez uzasadnienia daje silnym lobby pieniądze podatników.

Ustawa o związkach zawodowych upolitycznia związki. W niemieckiej ustawie jest zapisane głównie prawo do układów zbiorowych, a w Polsce związkowcy zgłaszają swoje postulaty do rządu, a nie do pracodawców, do zarządów spółek. Inna sprawa to nikły stopień samoorganizacji pracodawców niezdolnych do negocjowania zwłaszcza ponadzakładowych układów. To oczywiście absurd.

Tu mamy kwadraturę koła. Z jednej strony ratyfikowaliśmy konwencję gwarantującą wolność zrzeszania się w związkach zawodowych, ale praktyka pokazuje nadużycia. Bo nadużyciem jest to, że pracownik należy do kilku związków naraz i w ten sposób sztucznie pompowana jest liczba członków. A od ich liczby zależy to, ile etatów dla związkowych działaczy finansowanych jest przez pracodawcę.

Ale to nie pensje związkowców są wielkim problemem. Problemem jest cała armia pracowników korzystających z ochrony przed zwolnieniem. Zakład upada, a nikogo nie można zwolnić. I w ten sposób firmy nie daje się uratować, nagle się okazuje, że nie chodzi o ochronę interesów załogi. Chodzi jedynie o partykularne interesy działaczy. Tyle tylko że w efekcie okręt musi zatonąć.

Dlaczego dla związkowców zawsze głównym adresatem żądań jest rząd?

Bo mentalnie są jeszcze w PRL. Wszystkie lejce dzierżyła wtedy komuna, ustalała pensje, a gospodarka była planowana centralnie: władza decydowała, na co będzie zbyt, a na co nie. Im się wydaje, że nic się nie zmieniło, że nadal mogą wydobywać węgiel, którego nikt nie chce, bo władza to jakoś sfinansuje. Jest taka tradycja, że jak spółka jest państwowa, to można żądać więcej i więcej, bo rząd musi przestrzegać prawa, związkowców się boi, i boi się reakcji opinii publicznej. Ta ostatnia informowana jest jednostronnie o rzekomej krzywdzie z pominięciem interesu gospodarki i podatników. (...)
Cała rozmowa: wyborcza.pl


bg Image