grupiski2.png

Głowa państwa musi czasami zabrać głos w ważnych sprawach, by ponad szumem sporów wyrazić polską rację stanu - powiedział "Sygnałach Dnia" przewodniczący Rafał Grupiński.

Krzysztof Grzesiowski: Pan poseł Rafał Grupiński, szef klubu parlamentarnego Platformy Obywatelskiej, przypomnę, jest gościem Sygnałów dnia. Panie pośle, co by pan dodał do takiej listy kwestii absolutnie chyba wydaje się oczywistych w kampanii prezydenckiej, a więc bezpieczeństwo wewnętrzne, polityka międzynarodowa i sprawy światopoglądowe?

Rafał Grupiński: Myślę, że to, co jest najważniejsze w pełnieniu tej funkcji, funkcji głowy państwa, to jest przede wszystkim umiejętne bycia arbitrem na często bardzo mocno spierającej się scenie politycznej. To jest nie tylko kwestia wynikająca z roli konstytucyjnej, że wszystkie spory w parlamencie, które na końcu owocują jakimś zestawem ustaw, prezydent poprzez prawo weta może skorygować jakby decyzje parlamentu, ale to wynika także z pewnej potrzeby bieżącej polityki, że czasami to właśnie głowa państwa musi w jakichś sprawach zabrać głos, by ponad szumem sporów wyrazić wyraźnie polską rację stanu, i do tego, oczywiście, potrzebny jest polityk doświadczony, z autorytetem, ktoś, kto rzeczywiście taką rolę arbitra potrafi w trudnych momentach odegrać.

Wymieniłem te trzy elementy, czyli bezpieczeństwo wewnętrzne, polityka zagraniczna i światopogląd, bo w końcu każdy z nas ma jakiś światopogląd, ponieważ to da się wpisać jeszcze w takie konstytucyjne uprawnienia prezydenta, prawda? Natomiast mamy do czynienia...

Absolutnie.

...i to w przypadku w zasadzie wszystkich kandydatów, nie ma co udawać, że ktoś jest inny, którzy proponują różne rozwiązania, które są poza ich możliwościami, to po pierwsze, a po drugie to właściwie po co jest rząd, skoro kandydat na prezydenta mówi, że on zrobi to, to i to, a tymczasem jego możliwości są żadne w tym przypadku?

To prawda, bez zdecydowanej większości parlamentarnej z tego, co pan mówi...

No właśnie, wyobraźmy sobie, że wygrywa kandydat X, a w parlamencie rządzi partia Y, która ma zupełnie inne pomysły, no więc...

I wtedy, oczywiście, wszystkie obietnice pararządowe nie mają żadnych szans na powodzenie i żadne inicjatywy legislacyjne. To jest, przypomnę, dosyć częste złożenie akurat w ostatnich dwudziestu... to było częste złożenie w ostatnich dwudziestu pięciu latach, toteż trzeba o tym pamiętać i mieć trochę pokory wobec rzeczywistości, kiedy się proponuje program wyborcom, i mówić o rzeczach, które rzeczywiście są w zasięgu możliwości prezydenta Rzeczpospolitej, bo taka konstrukcja konstytucyjna akurat została w połowie lat 90. przyjęta po zmianie małej Konstytucji.

Czyli tak na dobrą sprawę kampania jest jedną wielką obietnicą, a potem się zobaczy, tak?

Tak wygląda, że... Powiem tak: to jest, oczywiście, częściowo świadoma decyzja sztabów wyborczych, bo, oczywiście, sztabowcy wiedzą, że ludzie interesują się głównie rzeczami, które są faktycznie w gestii rządu, tej bezpośredniej władzy wykonawczej, toteż jakby prowadzą po tych wątkach swoich kandydatów, ale myślę też, że trochę nie doceniają świadomości wyborców. Ja to od wielu lat podkreślam, że czasy Tymińskiego czy nawet Samoobrony dawno się skończyły, to znaczy sukcesów w tego typu podejścia do polityki, dlatego że razem z naszą odrodzoną demokracją rośnie też bardzo mocno świadomość wyborców, których decyzje nie są przypadkowe i nie da się wprowadzić w błąd obywateli, sugerując – tak jak chociażby kandydat PiS – że wszystko da się załatwić, pozmieniać wszystkie reformy dotychczasowe i cofnąć wszelkie zmiany, jakie wprowadzał chociażby rząd Platformy przez ostatnie 7 lat.

Przecież nawet nie w wypowiedziach kandydata Prawa i Sprawiedliwości, ale chociażby Janusz Palikot, wrócę do tego wątku, co można obiecywać, a czego na pewno nie można zrealizować, zarzuca obecnie urzędującemu prezydentowi, że  w kwestii bezpieczeństwa niewiele zrobił, np. nie doprowadził do zwiększenia wymiany handlowej z Niemcami. No i tu jest pytanie, jakie możliwości ma prezydent Rzeczpospolitej bez względu na to, jak się nazywa, by zwiększyć obroty handlowe z Niemcami akurat.

To jest...

To przyzna pan, że to, nie wiem, na fali emocji takie zdanie padło, nie mam pojęcia.

To jest dosyć ryzykowne, oczywiście. Pan prezydent Komorowski doceniał przez całą swoją kadencję rolę wymiany gospodarczej, jeśli już o tym mówimy, i zawsze swoje podróże, także do... ostatnio do Japonii, zabierał kilkudziesięciu polskich przedsiębiorców, żeby oni korzystając z wizyty prezydenta mogli się spotykać ze swoimi odpowiednikami w danym kraju i prowadzić różne rozmowy o przyszłej chociażby współpracy czy wymianie handlowej, natomiast to jest taka rola wspomagająca, natomiast nie rola decyzyjna. Toteż Janusz Palikot tutaj oczekuje rzeczy od prezydenta, które prezydenta zrealizować nie może, ale to świadczy też o pewnym pomieszaniu poglądów w głowie Janusza Palikota.

Czy będziemy mieli w tym roku powtórzenie sytuacji z wyborów 2007–2011, czy prezydenckich 2010? Krótko mówiąc, do wojny Prawa i Sprawiedliwości z Platformą Obywatelską. Pani premier Ewa Kopacz podczas sobotniej konwencji prezydenta Bronisława Komorowskiego wystąpiła w tej sprawie dosyć jednoznacznie, przyzna pan, wskazując, kto jest zagrożeniem.

Pani premier bardzo mocno powiedziała o sytuacji, o pewnej kulturze politycznej, której zwycięstwa byśmy nie chcieli, a właściwie antykulturze politycznej, której zwycięstwa byśmy nie chcieli w Polsce ani w wyborach prezydenckich, ani w wyborach parlamentarnych. Ale ta wypowiedź była mocniejsza między innymi dlatego, że od pewnego czasu, od kilku tygodni mamy dość bezpardonowe, często anonimowe, na przykład internetowe, ataki na Bronisława Komorowskiego, które doskonale wiemy, skąd płyną, gdzie jest ich źródło i sposób taki lekceważący, w jaki dzisiaj odnoszą się do głowy państwa politycy PiS-u w swoich wypowiedziach, z Joachimem Brudzińskim chociażby na czele, wydaje się, że powinny się były spotkać z taką ripostą. Trudno, żeby wielu szacownych gości na konwencji Bronisława Komorowskiego z bardzo różnych stron świata w sensie właśnie poglądów, często także politycznych, w tej sprawie wypowiadali. Wypowiedziała się w tej sprawie przewodnicząca Platformy Obywatelskiej, pani premier, bo taka jej rola. I uważam, że bardzo ten głos był też potrzebny.

No to dobrze pan zauważył,  bo była to bardziej wypowiedź przewodniczącej Platformy, czy bardziej prezesa rady ministrów? Czy tego się nie da rozdzielić w tym przypadku?

Tego się zapewne nie da rozdzielić, ale bez wątpienia tutaj taka rola szefowej Platformy Obywatelskiej była bez wątpienia ważna i potrzebna, aby była podkreślona, i została podkreślona.

Pan wspomniał o atakach w Internecie na urzędującego prezydenta. Oczywiście, druga strona powie, że to samo działo się kilka lat temu w przypadku śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, też były brutalne ataki. Ale czy pan się spodziewał miłej i sympatycznej kampanii wyborczej prezydenckiej? Chyba nie w 2015 roku.

Nie spodziewam się jakiejś szczególnie sympatycznej kampanii, przypomnę, że...

Czy boi się pan słowa merytorycznej jeszcze.

Natomiast bardzo by mi zależało, żeby była jak najbardziej merytoryczna, bo – jak powiedziałem – trzeba szanować wyborców i myślę, że się o tym często zapomina. Więc jakby wracamy do początku naszej rozmowy, natomiast myślę, że to jest i tak, to, co dzisiaj obserwujemy, to jest dopiero przygrywka do tego, czego będziemy świadkami w drugiej połowie kwietnia. I dlatego się niepokoję, że już w tej chwili tak są rozhuśtane emocje, skoro mamy jeszcze przed sobą całe dwa miesiące kampanii.

A potem mamy jeszcze kilka miesięcy i będziemy mieli następną kampanię.

I potem będziemy mieli, czyli o parlament, tak.

I ona będzie jeszcze bardziej zażarta.

To prawda, wolałbym w zupełnie...

Bo już chodzi o realną władzę.

Można w zupełnie innym świecie funkcjonować i inaczej się spierać. Niestety, PiS narzuca tego rodzaju emocje i  często brutalny język. Mam nadzieję, że kampania tej jesieni będzie ostatnią kampanią, w której PiS będzie tak brutalne reguły narzucał nam wszystkim.

Po decyzjach Sejmu i Senatu przed prezydentem  Bronisławem Komorowskim kwestia złożyć podpis, czy nie, pod ratyfikacją konwencji antyprzemocowej. Prezydent mówi, że nie zamierza w tej sprawie zachować się kampanijnie, no ale bez względu na to, jak się zachowa, podpisać musi albo nie podpisać, wszystko jedno. Czas jest ograniczony, mówi, że w tej sprawie wsłuchuje się w głos opinii publicznej i prawników. Jak rozumiem, już wszyscy święci i prawnicy się wypowiedzieli na ten temat, a i opinia publiczna także, więc – proszę wybaczyć sformułowanie – wóz albo przewóz.

W tej sprawie, oczywiście, pan prezydent z jednego nie może zrezygnować, czyli z oceny konstytucyjności tego aktu prawnego, bo to jest jego obowiązkiem, to znaczy każda ustawa, która spływa z parlamentu do kancelarii prezydenta musi być zbadana przez prezydenta pod względem konstytucyjności, więc jakby tu nie należy się dziwić. Oczywiście, sprawa jest ważna, emocji było mnóstwo wokół konwencji antyprzemocowej, więc też niektórym się komentatorom zdarza zdziwić, że trzeba zbadać konstytucyjność. Otóż to jest podstawowy obowiązek prezydenta przy każdym akcie prawnym, nawet dotyczącym, nie wiem, zmiany jednego zdania w ustawie o ogródkach działkowych. Natomiast ja bym się tutaj nie obawiał, że pan prezydent nie podpisze konwencji antyprzemocowej, na pewno ją – moim zdaniem, oczywiście – podpisze, tym bardziej że jak wiemy, blisko 90% Polaków tego oczekuje i oczekiwało tego po parlamencie, a to tylko wąskie grupy, i tu znowu, niestety, przywołuję naszych konkurentów, czyli wąskie grupy polityków PiS-u robiły jakieś ogromne awantury kompletnie nie rozumiejąc jakby idei, która się kryje w tej konwencji i tego, że ona jest w dużym stopniu w pewnych sformułowaniach dla nas nieco obca, ale tylko dlatego, że dotyczy kultur, które do Europy spływają, chociażby ze środowisk radykalnie muzułmańskich, i dlatego trzeba mówić nie tylko o kwestii przemocy na przykład na tle seksualnym. Tam jest także na przykład kwestia przemocy na tle ekonomicznym poruszona, którą my dopiero musimy uregulować pewnie, ale także na przykład odnosi się ona poprzez mówienie o społeczno–kulturowych źródłach płci, o tym, czy na przykład prześladuje się wdowy w Turcji tylko dlatego, że wychodzą drugi raz za mąż. Trudno mówić, że to jest na tle seksualnym przemoc, to jest przemoc z pewnych powodów obyczajowych, z pewnej roli społeczno–kulturowej tej kobiety po śmierci pierwszego męża. I takie rzeczy musimy uwzględniać w prawie europejskim. Dlatego to jest konwencja stambulska, dlatego Turcji zależało na tej konwencji antyprzemocowej. A u nas robi się z tego genderyzm i po prostu kompletne szaleństwo w kłótniach właściwie politycznych. (...)

Cała rozmowa: polskieradio.pl


bg Image