kluzik3.png

Po roku 1989 wydawało się, że dobry start w życiu gwarantuje posiadanie dyplomu studiów wyższych. Teraz okazuje się, że nie jest on gwarancją zatrudnienia. Dzisiaj wiemy, że musimy mieć wielu wykształconych ludzi w zawodach, których potrzebuje rynek - mówi minister edukacji narodowej Joanna Kluzik-Rostkowska.

Krzysztof Grzesiowski: Joanna Kluzik–Rostkowska, minister edukacji narodowej. Dzień dobry, pani minister.

Joanna Kluzik–Rostkowska: Dzień dobry, witam serdecznie wszystkich.

Tak pozwoliłem sobie sięgnąć pamięcią wstecz, jak się rozchodziły nasze, znaczy moich kolegów drogi po ukończeniu szkoły podstawowej, była decyzja, co dalej, część liceum, część technikum, ale była grupa także tych, którzy decydowali się na szkoły zawodowe. Nie wiem, jak to wszystko się skończyło, ale jeden został kucharzem, jeden został kaletnikiem, i to nawet wziętym, bo czytałem o nim ostatnio w Internecie. Tak że niektórym się całkiem dobrze powiodło, ale może dlatego, że takie szkoły były, można było do nich pójść, można było zdobyć wiedzę i umiejętności, a potem, co najważniejsze, znaleźć pracę. Taki system, jak wtedy, to już oczywiście dzisiaj nie działa. Dlaczego ze szkolnictwem zawodowym dzieje się tak, jak się dzieje?

Szkoły zawodowe w Polsce są, to znaczy mamy zarówno technika, mamy również zasadnicze szkoły zawodowe. Problem ze szkolnictwem zawodowym w Polsce dzisiaj polega na tym, że część z tych szkół proponuje przygotowanie do zawodów nie tych, które są potrzebne na rynku pracy, tylko tych, do których mamy wykształconych nauczycieli. Tak naprawdę trzeba stworzyć sytuację, w której rynek pracy spotka się ze szkolnictwem zawodowym. I dlatego rok szkolny 2014/15 ogłosiliśmy rokiem szkoły zawodowców, mam nadzieję, że to jest pierwszy z bardzo wielu lat odbudowy szkolnictwa zawodowego. Moglibyśmy na ten temat długo rozmawiać. Po 89 roku wszyscy czy zdecydowana większość z nas myślała sobie tak: to, co mi dał dobry start na rynku pracy, to jest dyplom wyższej uczelni. Przed 89 rokiem wyższe wykształcenie, czyli te czasy, o których pan mówi, wyższe wykształcenie miało w Polsce 8–10% ludzi i wszyscy postanowiliśmy później mieć to wyższe wykształcenie, studia, bo to nam miało dać lepszy start.

Dzisiaj już wiemy, że nie zawsze tak jest. Dzisiaj wiemy, że potrzebujemy bardzo wielu dobrze wykształconych ludzi w zawodach, których potrzebuje rynek. I to, co w tej chwili robię ja i moi współpracownicy zarówno na tym poziomie ministerialnym, jak i na poziomie lokalnym, to staramy się takie zaproponować instrumenty, żeby szkoły zawodowe musiały odpowiadać na potrzeby rynku pracy. Żeby była jasność, mamy bardzo dobre technika, które mają zdawalność matur wyższą niż licea, mamy bardzo dobre szkoły zawodowe, natomiast nie mogę tego powiedzieć ani o wszystkich technikach, ani o  wszystkich szkołach zawodowych. Natomiast jeszcze w roku 2013/14 51% gimnazjalistów wybrało liceum, 34 technikum, a 14 szkoły zawodowe, a w tym roku już wzrosła liczba uczniów, którzy wybrali różnego rodzaju szkoły zawodowe, bo to jest 37 technika, 17 szkoły zawodowe, więc mniej niż 50% uczniów poszło do liceum. Jeżeli teraz musimy coś zrobić, to musimy mieć tak dobrą propozycję szkolnictwa zawodowego, żeby to bycie w szkole zawodowej miało sens i dawało duże szanse na rynku pracy.

Za tym projektem, pomysłem, o którym pani minister mówi, idą pieniądze, i to duże, by nie powiedzieć bardzo duże...

No, szczęśliwie się składa.

...bo jeśli... proszę zweryfikować, jeśli podam złe dane, ale poziom centralny to jest 120 mln euro, a budżety marszałków to 916 mln euro.

To jest bardzo dobra wiadomość i to na pewno będzie sprzyjało rozwojowi szkolnictwa zawodowego. Chodzi o to, żebyśmy te pieniądze dobrze wydali. Mamy rzeczywiście...

Właśnie, dla kogo są te pieniądze?

Te pieniądze są zarówno dla szkół na dokształcanie nauczycieli, ale to, co jest pewną nowością, część tych pieniędzy jest dedykowana bezpośrednio pracodawcom. Bardzo zależy mi na tym, żebyśmy skorzystali z dobrze działającego systemu niemieckiego dualnego, czyli sytuacji, w której uczeń szkoły zawodowej czy też technikum, bo też bym chciała, żeby tak było, miał praktyki w realnych warunkach, czyli w firmie. To jest zawsze dobra sytuacja, bo wtedy poznajemy i uczymy się tego zawodu w warunkach naturalnych. To jest również dobra sytuacja dla pracodawcy, dlatego że może się przyjrzeć tym, którzy na te praktyki nie przyjdą, wybrać tych najlepszych, a przy okazji jeszcze wie, jak ich uczyć, żeby oni później dobrze pracowali dla niego w przedsiębiorstwie. Więc tutaj jest sytuacja, gdzie jest wygrany i ten, który na tę praktykę przychodzi, i ten, który tę praktykę proponuje. Do tej pory był taki problem, że znaczna większość pracodawców po prostu miała zbyt małe środki, żeby te miejsca praktyk 0rganizować.

Czyli rozumiem, że pracodawca otrzyma stosowną kwotę, tak?

Pracodawcy mogą również sięgać do tych środków unijnych i tam jest 5000 zł na każde miejsce, na każdego praktykanta, są również pieniądze dedykowane dla opiekuna praktyk. Konsultowaliśmy te propozycje z pracodawcami, oni na poziomie konsultacji powiedzieli: tak, to jest oferta interesująca. I mam nadzieję, że to ukierunkowanie na rynek pracy i na miejsca praktyk spowoduje, że szkoły będą musiały się przestawić, bo albo będą współpracować z rynkiem pracy, albo padną.

Trochę przypadkowo, a może i nie, dziś w najnowszym numerze tygodnika Polityka jest artykuł Ewy Wilk pt. „Niezawodny zawód”, właśnie na temat szkolnictwa zawodowego i planów wobec niego. Ewa Wilk pisze...

Rozmawiałyśmy.

...w sprawie, właśnie, owej zachęty 5000 zł: „Dziś zachęty dla pracodawców, aby wzięli się za edukację wyglądają łakomie, każdy chętnie łyknąłby 5000 za stażystę...

Okaże się.

...czy warto lekką ręką wydać miliard euro bez gwarancji, że ci stażyści znajdą zatrudnienie?”, pyta Ewa Wilk.

Doświadczenie rynku niemieckiego jest takie... To znaczy tam jest sytuacja dzisiaj z naszego punktu widzenia bardzo pożądana, ponieważ miejsc praktyk jest więcej niż praktykantów, którzy chcą tych praktyk szukać. Pierwsza weryfikacja następuje w momencie, w którym uczeń musi sobie znaleźć miejsce praktyk. I wtedy już po tym jednym czy dwóch dniach szukania firmy, w której będzie miał praktykę, on wie, czy dobrze swój zawód wybrał, bo ma wokół siebie, nie wiem, 5–7 firm, które są nim zainteresowane, czy też być może źle w ogóle sprofilował swoją przyszłość, bo w promieniu 100 km nie ma żadnej firmy, która jest zainteresowana takimi kompetencjami. To jest naprawdę sprawdzony model. Czy zawsze wszyscy będą mieli pracę? Na pewno nie, natomiast to, co jest dzisiaj moim problemem jako ministra edukacji, to sytuacja, w której propozycje szkoły zawodowej kompletnie rozmijają się z rynkiem pracy. Mamy fortunnie, i tam też na pewno w tym tekście o tym jest, ja go jeszcze nie czytałam, mamy specjalne strefy ekonomiczne...

Czy to jest trochę na zasadzie, że zawsze kształciliśmy w tych kierunkach i tego się trzymamy, mimo że potrzeby są inne?

No tak, jeżeli mamy kadrę nauczycielską i ta kadra potrafi kształcić w jakimś tam zawodzie, to szkoła proponuje ten zawód w nieskończoność. Mamy specjalne strefy ekonomiczne, katowicka specjalna strefa ekonomiczna zrobiła badania na poziomie powiatu, jakie zawody są potrzebne i w jakich się kształci, i np.  w jednej z miejscowości pod Katowicami jest tak, że w zawodzie, który jest najbardziej potrzebny w tym powiecie, kształcimy 2% uczniów w szkołach zawodowych, a w tym zawodzie, który jest kompletnie nikomu niepotrzebny, kształcimy 36%. Więc to zgranie rynku pracy, bo szkoła zawodowa ma sens tylko wtedy, kiedy absolwent szkoły zawodowej ma szansę znalezienia pracy na... prawda? To znaczy to się musi zgrać, a to dzisiaj wygląda bardzo różnie. Więc jestem... bardzo bym chciała, żeby ten instrument się sprawdził. (...)

Cała rozmowa: polskieradio.pl


bg Image