schetyna9.png

Rosjanie i tak będą robić propagandę, nawet bez szczególnych powodów. Wydaje się, że pewne emocjonalne reakcje strony rosyjskiej mogą wynikać z frustracji - mówi minister spraw zagranicznych Grzegorz Schetyna.

PAWEŁ WROŃSKI: Widział pan swoją karykaturę w rosyjskiej agencji RIA Nowosti? Jest pan przedstawiony jako łańcuchowy pies amerykańskiego imperializmu szczekający na Rosję.

GRZEGORZ SCHETYNA: Zawsze z uśmiechem oglądałem karykatury z lat 50., czyli szczytu zimnej wojny. Trzeba przyznać, że ówcześni wrogowie komunizmu byli rysowani świetną kreską. "Łańcuchowe psy reakcji" to towarzystwo absolutnie ekskluzywne. Gdy zobaczyłem ten rysunek, nawet się uśmiechnąłem. Jeśli dostanę oryginał, chętnie oprawię go w ramki i powieszę na ścianie.

Z tego rysunku można wysnuć wniosek, że toczymy z Rosją wojnę o historię.

- Używanie słowa wojna nie jest dobre w kontekście dyplomacji. Przyczyną obecnej sytuacji jest to, że Rosjanie stali się zakładnikami swojej pierwszej reakcji z połowy stycznia. Chodzi o moją wypowiedź przed obchodami 70. rocznicy wyzwolenia Auschwitz, w której stwierdziłem, że obóz wyzwalali żołnierze narodowości ukraińskiej. Moi krytycy - jak się wydaje - po prostu zupełnie nie mieli świadomości, jaki był stan narodowościowy 60. Armii, która wyzwalała Oświęcim. Dlatego reagowali tak ostro, zaangażowali w to swojego ministra spraw zagranicznych. Stąd więc obecnie taka eskalacja. A przecież to nie była żadna wypowiedź antyrosyjska, tylko odpowiedź na pytanie dziennikarzy, dlaczego w Auschwitz jest prezydent Ukrainy Petro Poroszenko, a nie ma prezydenta Władimira Putina. Teraz więc Rosjanie muszą trzymać fason i toczyć ten spór dalej, choć jest on moim zdaniem coraz bardziej jałowy.

Tylko sytuacja galopuje. Ostatnio do MSZ został wezwany ambasador Rosji za ostre słowa, którymi rosyjski wiceminister MSZ skrytykował pana stwierdzenia, że uroczystość z okazji zakończenia II wojny światowej nie musi się odbywać w Moskwie, ale może np. w Berlinie.

- Mówiłem o Westerplatte, wskazałem jako miejsce także kilka stolic alianckich, a na koniec Berlin, gdzie naprawdę zakończyła się II wojna w Europie. Tam była przecież podpisana kapitulacja przez III Rzeszę. Reakcja Moskwy była ponownie bardzo emocjonalna. Zwróciliśmy stronie rosyjskiej uwagę, by oddzieliła bieżącą politykę od historii.

Chyba trafił pan w czuły punkt rosyjskiej propagandy. Według niej obecne władze w Kijowie to "banderowcy" i "faszyści". Gdy okazało się, że są jacyś inni Ukraińcy, którzy walczyli z faszyzmem, wszystko stało się mało spójne.

- No właśnie, tu chyba chodzi o pewien fundament świadomości historycznej Rosji. Rosjanie starają się traktować dziedzictwo historyczne Ukrainy dość instrumentalnie. Bardzo jednoznacznie przypominają Stepana Banderę czy dywizję SS-Galizien, nie wspominając o innym zaangażowaniu w czasie II wojny światowej, które miało znacznie większą skalę, ale nie pasuje do obecnej koncepcji politycznej Moskwy.

Czy ktokolwiek z Polski będzie na obchodach 9 maja w Moskwie? W końcu tam defilowali nasi żołnierze w 1945 roku.

- Trudno sobie wyobrazić, aby te obchody były takie jak wszystkie inne. Rosja jest zaangażowana w konflikt na wschodzie Ukrainy, wszyscy o tym wiedzą. Wydaje się, że pewne emocjonalne reakcje strony rosyjskiej mogą wynikać z frustracji. Chciałaby zorganizować wielkie, imponujące obchody, ale z tego, co wiem, to z frekwencją może być kiepsko. (...)

Cała rozmowa: wyborcza.pl


bg Image