kozdron.png

 Nie miałem żadnych prawniczych tradycji rodzinnych, nie za bardzo też wiedziałem, jak w praktyce wygląda praca prawnika. Zacząłem studiować prawo i jestem z tego wyboru zadowolony - mówi wiceminister sprawiedliwości Jerzy Kozdroń.

Podobno już  po nominacji sędziowskiej musiał pan pracować na budowie.

Jerzy Kozdroń: Miałem taki epizod w życiu. Rada Państwa odwołała mnie bowiem 17 grudnia 1981 r. ze stanowiska sędziego.

Czym się pan naraził?

Byłem sędzią prowincjonalnym, pracowałem w małej miejscowości. Po wprowadzeniu stanu wojennego zebrałem młodych prawników – adwokatów, prokuratorów. Gremialnie rzuciliśmy legitymacje partyjne. Władze stanu wojennego szukały prowodyra. Wyszło na to, że to ja. Trzeba było mnie ukarać, pozbawiono stanowiska. Próbowałem szukać pracy w różnych firmach, ale był zakaz zatrudniania mnie. W końcu znajomy zaproponował mi pracę robotnika na budowie zakładów celulozowych.

Długo tam pan pracował?

Niedługo. Szybko na budowie rozeszła się wieść, że tu sędzia łopatą robi. Podczas przerw śniadaniowych robotnicy przemykali się do mnie i prosili o rady w swoich sprawach związanych z prawnymi problemami – rodzinnymi, związanymi z mieszkaniami. Na tak dużej budowie była SB. Szybko zauważyła, że ciągle przychodzą do mnie jacyś ludzie, zaczęła podejrzewać, że coś knujemy... Chyba woleli się mnie stamtąd pozbyć. Po kilku miesiącach cofnięto mi zakaz pracy. Ale mogłem pracować jako radca prawny tylko w małych miejscowościach. Pracowałem więc w PGR, SKR. Bardzo miło wspominam ten czas, byli tam bardzo przyjaźni ludzie.

Kiedy wybierał pan prawo, jak wyobrażał pan sobie przyszły zawód?

Nie miałem wtedy pojęcia, jaki zawód będę wykonywać. Wychowywałem się w  małej miejscowości w województwie olsztyńskim. Jedyną wyższą szkołą była szkoła rolnicza. Ale zupełnie mnie to nie pociągało. Moi rodzice mieli około dwóch hektarów ziemi, czasem trzeba było na niej pracować. Nie lubiłem tego. Zdałem nawet egzaminy wstępne. Stwierdziłem, że to ponad moje siły. Podczas wakacji do naszego domu przyszedł proboszcz i podsunął mi pomysł pójścia do seminarium. Jednak długo tam nie wytrzymałem, po trzech tygodniach wróciłem do rodzinnego domu. (...)

Cała rozmowa: rp.pl


bg Image