siemoniak1.png

Można powiedzieć, że w polityce jestem od 1991 roku. Zawsze pracowałem w różnych instytucjach, ale nigdy nie zajmowałem się czysto partyjną działalnością - mówi wicepremier, minister obrony narodowej Tomasz Siemoniak.

Czuje się Pan dzisiaj odpowiedzialny za wynik Platformy?

Jasne. Zawsze się czułem. Od samego początku.

Dzisiaj jest Pan numerem dwa w rządzie. W Platformie również?

W zarządzie partii jest 25 osób. Ale oczywiście czuję się za Platformę odpowiedzialny. Pani premier Ewa Kopacz jest od soboty w sposób stuprocentowy szefową Platformy i skoro ja jestem jedynym jej zastępcą w rządzie z Platformy, to czuję ciężar odpowiedzialności na moich barkach.

Jak dziś wygląda hierarchia w Platformie? Kiedyś to był Donald Tusk i długo, długo nic. A teraz?

Platforma w odróżnieniu od innych partii - może z wyjątkiem PSL - zawsze miała grupę liderów posiadających własną pozycję. Myślę tu o Ewie Kopacz, Hannie Gronkiewicz-Waltz, Grzegorzu Schetynie, Cezarym Grabarczyku, Radosławie Sikorskim, Bogdanie Borusewiczu. W PiS i SLD jest jeden polityk i długo, długo nic.

Ale dziś tych liderów PO widać wyraźniej.

Nie wiem, czy to się zmieniło. Donald Tusk był liderem, miał ogromny autorytet i silną pozycję, ale nigdy nie było tak, żeby całkowicie zdominował inne osobowości. Choć na pewno są one dzisiaj bardziej widoczne.

Bardziej widoczny jest też Pan. Bo przecież uczestniczy Pan w rozmowach na szczycie z udziałem Ewy Kopacz, Bronisława Komorowskiego i Grzegorza Schetyny. Dosiadł się Pan do stolika. Czuje się Pan jednym z głównych strategów?

To wynika z mojej funkcji w rządzie. Ale też z tego, że jeszcze dwa lata temu kwestie obrony, bezpieczeństwa były mniej ważne. Dzisiaj są elementem każdego spotkania. I stąd moja obecność. W agendzie rozmów w Belwederze zawsze były Ukraina, NATO. Stąd też moja obecność na spotkaniach.

W oczach opinii publicznej jest Pan postrzegany, zresztą słusznie, jako fachowiec, ale mało kto dostrzega, że jest Pan partyjnym graczem od wielu lat.

Można powiedzieć, że w polityce jestem od 1991 roku. Byłem szefem biura KLD. Pracowałem z Tuskiem, Schetyną, Piskorskim. Ale nigdy nie ukrywałem, że byłem w polityce, że byłem członkiem KLD, a potem Unii Wolności.

Ale nigdy nie został Pan zaszufladkowany jako polityk partyjny.

Pewnie dlatego, że nigdy nie byłem parlamentarzystą. Zawsze pracowałem w różnych instytucjach. Nigdy nie zajmowałem się czysto partyjną działalnością.

Nie przez przypadek jest Pan postrzegany jako człowiek przy prezydencie. Polityka obronności będzie teraz zbliżona do wizji Bronisława Komorowskiego, tego, czego on oczekuje?

Przez trzy lata moja współpraca z prezydentem była bardzo dobra. Obawiam się etykietowania. Bo jak się patrzy na różne sprawy od wewnątrz, to można znaleźć ludzi, którzy byli jednocześnie konserwatystami, spółdzielcami. Byli od Komorowskiego, byli schetynowcami. Wszystko zależało od tego, z której strony ktoś spojrzał. Ja znam bardzo długo prezydenta Komorowskiego, współpracuje się z nim świetnie i tyle. Ale to nie oznacza, że w układzie rząd - prezydent nastąpią jakieś zmiany. Pani premier ma swoje kompetencje i z nich korzysta.

A my jednak mamy wrażenie, że Pan realizuje strategię prezydenta. Prosty przykład. Donald Tusk podczas ostatniego exposé mówił o tym, że w 2015 roku nie będzie zwiększania wydatków na armię. Bronisław Komorowski zaoponował. Teraz Pan mówi o zwiększeniu wydatków.

Nikt się nie pomylił. Po pierwsze, w 2015 roku zwiększenie wydatków będzie, bo musimy zapłacić ostatnią ratę za F-16. To będzie ponad 5 miliardów złotych. Faktyczne zwiększenie wydatków nastąpi od roku 2016. W czerwcu mówili o tym i Donald Tusk, i Bronisław Komorowski. Po czerwcu premier Tusk dał dyspozycje ministrowi finansów, żeby przygotował propozycje obowiązujące od 2016 roku. Na pewno jest tak, że prezydent z racji konstytucji bardziej interesuje się pewnymi obszarami. W tej kwestii nie było rozbieżności.

Ile pieniędzy na koniec tego roku trafi z budżetu MON z powrotem do budżetu centralnego?

Wykonamy w tym roku budżet blisko w 100 procentach.

Jaką mamy pewność, że w 2016 roku, kiedy nastąpi realne podniesienie wielkości budżetu MON do 2 proc. PKB, nie wrócą sztuczki z kreatywną księgowością pozwalającą przycinać wydatki na obronność?

Pieniądze w budżecie będą, ale nie będą wydawane. Problemy z wydawaniem pieniędzy będą malały, bo do finału dochodzimy z dużymi projektami. I raczej myślimy teraz, jak w 2016 i 2017 roku rozsądnie wszystkie rzeczy porozkładać, żeby zmieścić się w dwóch procentach.

Czy data 28 listopada, do kiedy można zgłaszać oferty do przetargu na śmigłowce wielozadaniowe, jest aktualna, czy może ulec zmianie?

Na razie nasze stanowisko jest jasne. Nie chciałbym wchodzić w dyskusję z oferentami za pomocą mediów.

Oferenci jako pierwsi zaproponowali taką formułę.

My wydaliśmy oświadczenie i oni wydali oświadczenie. W każdym razie mam nadzieję, że wszyscy zainteresowani złożą oferty. To nie jest czas na dywagowanie. Do tej pory odpowiedzieliśmy na osiemset pytań, wszystkie wątpliwości zostały wyjaśnione. Jesteśmy otwarci na współpracę. Ale musi być jakaś linia kompromisu między wyjściem naprzeciw oferentom a naszymi potrzebami. My nie możemy wiecznie czekać, a oni ciągle pytać.

Przy gigantycznych pieniądzach trudno o łatwe decyzje. Gdyby Pan musiał dokonywać wyboru między dwoma oferentami, to uda się podjąć właściwą decyzję?

Jeśli odliczyć Rosjan, którzy nie zgłosili się do tego postępowania, to jest trzech liczących się producentów interesujących nas śmigłowców na świecie i chcielibyśmy, żeby trzech złożyło oferty. Natomiast nikogo nie możemy zmusić do tego, by stanął w przetargu. Dwóch to też jest bardzo dużo.

Co by się stało, gdyby Francja jednak sprzedała mistrale Rosjanom? Bo na razie decyzja w tej sprawie jest zawieszona.

Nie wiązałbym tych dwóch spraw. (...)

Cała rozmowa: polskatimes.pl
foto: pap

bg Image