trzaskowski.png

Chciałbym, żeby Polska za 20 lat była krajem tak bogatym i bezpiecznym, żeby to CO2 było głównym kłopotem naszych obywateli - mówi Rafał Trzaskowski, wiceminister spraw zagranicznych.

Tomasz Bielecki: Co będzie z cenami energii? Naprawdę nie wzrosną?

Rafał Trzaskowski: Pani premier Ewa Kopacz powiedziała, że nie dojdzie do dodatkowego wzrostu cen energii w wyniku przyjęcia nowego pakietu klimatycznego na okres 2020-30.

Jeśli przyjdzie sroga zima, Rosja ograniczy dopływ gazu do Europy albo na świecie zdarzy się coś nieprzewidzianego, to ceny energii mogą wzrosnąć. Ale jeśli pójdą w górę, to nie z powodu decyzji podjętych na ostatnim szczycie UE. Polsce udało się bowiem nie wziąć na swoje barki dodatkowych obciążeń w związku z walką z ociepleniem klimatu, które chciano nam narzucić w ramach nowego pakietu klimatycznego.

Brak nowych obciążeń oznacza, że Polska będzie mogła nadal obniżać emisję CO2 w tempie nie szybszym, niż robi to obecnie. Ale jednak wciąż musi je obniżać. A to kosztuje.

- Opozycja stawiała nierealistyczne żądania renegocjowania całej polityki klimatycznej UE, w sprawie której zobowiązania w imieniu Polski jako pierwszy przyjął prezydent Lech Kaczyński w 2007 r. Trzeba jednak liczyć siły na zamiary. Nie da się teraz renegocjować wyjściowych zasad zmniejszania emisji CO2 przez Unię, które ta przyjęła w ramach pierwszego pakietu klimatycznego w latach 2007-08.

Ale skoro komuś się nie podoba polityka Unii, to dlaczego nie miałby próbować jej zmieniać?

- Bylibyśmy samotni na placu boju. Kluczowe zasady walki z globalnym ociepleniem zostały przyjęte jednomyślnie w 2007 r. Wtedy Polska wzięła na siebie zobowiązania redukcji CO2, które mogą powodować pewien wzrost cen energii. Moglibyśmy oczywiście próbować renegocjować całe porozumienie sprzed ośmiu lat, ale takie zadanie byłoby absolutnie niewykonalne dla każdego negocjatora.

W teorii moglibyśmy również jednostronnie wypowiedzieć porozumienie z 2007 r., ale to musiałoby oznaczać w praktyce gotowość do opuszczenia Unii Europejskiej. Weto byłoby równoznaczne z odsunięciem problemu w czasie. Weto powinno być traktowane jako instrument do osiągania celu, a nie cel sam w sobie, jak widzi to opozycja.

Który z postulatów Polski był najtrudniejszy do wynegocjowania?

- Darmowe pozwolenia na emisje CO2 dla polskich elektrowni. Prawo do ich rozdawania miało wygasnąć w 2019 r. W tym punkcie udało nam się nawet poprawić porozumienie sprzed lat.

Obecnie państwa członkowskie UE mają swoje pule pozwoleń na emisje, które maleją z roku na rok. Każde przedsiębiorstwo "truciciel" musi dostać takie pozwolenie od państwa albo - jeśli mu zabraknie - dokupić je po cenie rynkowej na giełdzie, żeby móc dalej dymić. Gdyby nie ten system, to oczywiście zawsze opłacałby się prąd z węgla, a nie z wiatraków, które są droższe. Gdy koszt pozwoleń jest niski, nawet po jego dodaniu węgiel pozostaje opłacalny. A gdy pozwolenia drożeją, to zaczynają się opłacać wiatraki.

Kryzys sprawił, że przemysł w UE zwolnił i w efekcie spadło zapotrzebowanie na pozwolenia, a wraz z nim - ich cena na giełdzie. Pozwolenia na emisję są dziś bardzo tanie, co oznacza, że unijny system wspierania czystej energii szwankuje.

W dodatku darmowe pozwolenia dla wielu "trucicieli" w Europie jeszcze bardziej obniżają popyt na te pozwolenia na giełdzie, co znowu nie służy wzrostowi ich ceny. Dlatego Komisja Europejska głowi się nad tym, jak przywrócić wyższą cenę pozwoleń, a tu Polska wyszarpuje na szczycie nową pulę darmowych pozwoleń dla elektrowni na dekadę 2020-30!

To było naprawdę bardzo trudne. Każda ulga dla biedniejszych krajów, w tym Polski, musi być bowiem zrównoważona wysiłkami bogatszych. Inaczej cała Unia nie tylko nie zwiększyłaby redukcji emisji CO2 do 40 proc. w 2030 r., lecz także osłabiłaby swój wysiłek redukcyjny.

Jaki to jest zysk w przeliczeniu na pieniądze?

- Obecne szacunki mówią o 31 mld zł w latach 2020-30, ale trzeba pamiętać, że ceny uprawnień na giełdzie się zmieniają, więc i ta wartość może się zmienić. Najważniejsze jest jednak to, że polskie elektrownie będą nadal - tak jak teraz - w dużym stopniu wyjęte spod rynkowej gry pozwoleniami na CO2, których koszt firmy przerzucałyby na cenę prądu, czyli na odbiorców.

Trzeba jednak pamiętać, że równowartość tych darmowych pozwoleń musi być zainwestowana w modernizację energetyki w Polsce. I choć były takie zakusy, to nie zabroniono nam inwestowania tych dochodów w węgiel. A zatem możemy stare elektrownie węglowe zastępować nowymi węglowymi lub unowocześniać technologie, a nie wkładać te pieniądze wyłącznie w wiatraki lub baterie słoneczne.

Szczyt wymyślił kilka sposobów na rekompensowanie walki z CO2, z których będzie korzystać Polska. Oprócz darmowego rozdawnictwa dla elektrowni zostanie stworzony fundusz modernizacyjny. Część ekspertów ostrzega, że rozdawnictwo będzie konserwować obecny stan w polskiej energetyce. I dlatego trzeba było raczej się skupić na zwiększaniu tego funduszu, który wspomógłby prawdziwe reformy.

- Mamy teraz wynegocjowane rozwiązanie, w którym zrównoważyliśmy darmowe i płatne pozwolenia. Unijny system "inwestycji w modernizacje w zamian za darmowe pozwolenia na CO2" nie jest oczywiście idealnym instrumentem. Ale już my wspólnie z Komisją Europejską się postaramy, żeby ta ulga dla elektrowni przełożyła się nie na lepsze samochody i podwyżki pensji w energetyce, lecz na realne inwestycje.

Nie wolno nam przejeść tych pieniędzy, bo brak modernizacji energetyki zemści się na nas w przyszłości wysokimi cenami prądu.

Krytycy pakietu mówią, że bogaty Zachód zmusza nas do inwestycji w energetyce, by mniej dymiła. A chodzi o to, żeby zarabiać na technologiach i maszynach, które będziemy kupować w ramach tych inwestycji.

- Po pierwsze, inwestycje w naszą elektroenergetykę w dłuższej perspektywie czasowej przełożą się na konkurencyjność naszej gospodarki. Po drugie, kto powiedział, że Polska też nie będzie zarabiała na transferze nowoczesnych technologii.

Szczyt UE to kilka, kilkanaście godzin rozmów przywódców. Finalizują ugodę, do której już od dawna przymierzali się ich pomocnicy. Kiedy zaczęły się negocjacje związane z ostatnim szczytem?

- Rozmowa o nowym pakiecie klimatycznym w Unii trwała od roku, bo pierwotnie miał on być tematem szczytu w marcu 2014. Ale klimatyczna rozgrywka weszła w ostateczną fazę przed miesiącem, kiedy zostałem ministrem ds. europejskich. Każdy rozmawiał z partnerami na swoim poziomie. To był temat rozmów premier Kopacz w Brukseli, Berlinie, Paryżu, a potem w Mediolanie, gdzie spotkała się m.in. z premierami Wielkiej Brytanii, Holandii, Hiszpanii i szefem Komisji Europejskiej. Konsultowała się także z przywódcami krajów Grupy Wyszehradzkiej.

Podczas swoich spotkań o pakiecie klimatycznym rozmawiali także szef MSZ Grzegorz Schetyna i Marcin Korolec, pełnomocnik rządu ds. polityki klimatycznej. W ostatnią fazę negocjacji skutecznie się zaangażował także wicepremier Janusz Piechociński. Ja natomiast negocjowałem z ministrami ds. europejskich i pełnomocnikami szefów państw ds. Rady Europejskiej, bo nie we wszystkich krajach ta funkcja pełniona jest przez jedną osobę tak jak w Polsce. Negocjacje trwały dzień i noc, obejmowały wizyty w stolicach europejskich i spotkania negocjatorów w Brukseli, setki telefonów i e-maili. Nic jednak nie udałoby się bez pani premier Ewy Kopacz i jej determinacji w ostatnich dniach i godzinach tej rozgrywki.

No właśnie, na samym finiszu negocjowała czwórka - Ewa Kopacz, Angela Merkel, François Hollande i Herman Van Rompuy. Reszta uczestników szczytu nie kręciła nosem, kiedy podsuwano im rezultaty rozmów w tak wąskim gronie?

- Zawsze jest tak, że w określonej sprawie na szczytach UE jest tylko kilka osób z najbardziej wyrazistymi interesami. W sprawie klimatu w tej grupie była Polska. I gdy ci najbardziej zdeterminowani zdołają już się dogadać, to raczej np. Malta nie będzie wywracać całego stolika. Nasze stanowisko było bardzo blisko skoordynowane z Grupą Wyszehradzką. Niemcy i Francuzi konsultowali się ze Skandynawami. Swój problem na szczycie miała też Portugalia, której zależało na dobrych zapisach o ponadgranicznych łącznikach energetycznych. Dlatego w ostatniej fazie premier Portugalii został doproszony do rozmów czwórki, w której była premier Kopacz.

Z kolei Holandia, Irlandia i Luksemburg miały duże problemy z odrębnymi zasadami redukcji emisji, którymi się rządzi sektor budownictwa, transportu i rolnictwo. Dlatego w tej sprawie szczegółowe decyzje odsunięto na przyszłość.

Część rekompensat dla biedniejszych państw UE za walkę z CO2 jest zastrzeżona dla krajów z PKB nie wyższym niż 60 proc. unijnej średniej. Polskie PKB to wedle siły nabywczej ok. 67 proc. średniej. Czy trzeba było zawalczyć o jakąś statystyczną sztuczkę, byśmy się załapali na mechanizmy kompensacyjne?

- Skądże. Te rekompensaty były od początku szyte w głównej mierze pod Polskę. I dlatego od początku było jasno ustalone, że chodzi o nominalne PKB, by kompensacja w oczywisty sposób objęła również nas.

Każdy kompromis to coś za coś. Co Polska dała innym krajom w zamian za ustępstwa co do CO2?

- Zdecydowana większość krajów Unii, jak już mówiłem, chce ambitnej polityki klimatycznej. Takie są w tych krajach oczekiwania społeczne, a rządzący z takimi hasłami wygrywali tam wybory. Także dlatego, że naprawdę są przekonani, iż to najważniejszy problem Europy. Wierzą, że choć reszta świata znacznie mniej się wysila w walce z globalnym ociepleniem, to przykład gorliwej Unii wreszcie przekona innych do większego wysiłku redukcyjnego. My im tłumaczymy, że to trochę naiwne, ale co zrobić. Przeciętnemu Polakowi problem zmiany klimatu nie spędza snu z powiek, a Szwedowi - spędza. Jesteśmy krajem na dorobku, naszymi problemami są miejsca pracy i bezpieczeństwo geopolityczne. Chciałbym, żeby Polska była za 20 lat krajem tak bogatym i bezpiecznym, żeby to CO2 było głównym kłopotem naszych obywateli. Ale teraz musimy myśleć także o tym, co będzie za rok, pięć i dziesięć lat. To nie jest tak, że Polska nie chce czystego środowiska i nie redukuje emisji. Redukujemy emisje, ale chcieliśmy zachować dotychczasowe tempo. (...)

Cała rozmowa: wyborcza.pl


bg Image