sikorski.png

- Nie byłem świadkiem tej rozmowy, ale dotarła do mnie taka relacja. Słowo "propozycja" jest nadinterpretacją. Miały paść słowa, które wtedy można było wziąć za aluzję historyczną albo ponury żart - mówi "Wyborczej" marszałek Sejmu Radosław Sikorski, b. szef polskiej dyplomacji o rzekomej propozycji udziału Polski w rozbiorze Ukrainy.

Renata Grochal: Czy w wywiadzie dla amerykańskiego serwisu Politico powiedział pan, że w 2008 roku Władimir Putin przedstawił premierowi Donaldowi Tuskowi propozycję rozbioru Ukrainy i że Tusk nie zareagował, bo wiedział, że był nagrywany?

Radosław Sikorski: - Samo sformułowanie przez panią pytania wskazuje, że jednak polski system autoryzacji okazuje się przydatny, bo w autoryzacji można wychwycić pewne nieporozumienia. Nie mówiłem na przykład, że Tusk mógł być nagrywany na Kremlu, bo nie mam takiej wiedzy.

Jak konkretnie brzmiała propozycja dla Polski, czy to zostało wprost sprecyzowane, żebyśmy wzięli udział w rozbiorze Ukrainy?

- Nie byłem świadkiem tej rozmowy, ale dotarła do mnie taka relacja. Słowo "propozycja" jest nadinterpretacją. Miały paść słowa, które wtedy można było wziąć za aluzję historyczną albo ponury żart. Zresztą Prezydent Putin podobnym językiem rozmawia z wieloma przywódcami Europy i świata np. kiedy powiedział ostatnio przewodniczącemu Barosso, że w dwa tygodnie może być w Kijowie.

Mówiliśmy o tym przecież publicznie także kilka miesięcy temu, gdy propozycję udziału w rozbiorze Ukrainy otrzymaliśmy na piśmie od polityka, który często rozpoznaje teren dla różnych spraw, czyli wiceprzewodniczącego Dumy Rosyjskiej Władymira Żyrinowskiego. Przysłał nam i kilku innym krajom oficjalne pismo z ofertą podzielenia się kilkoma ukraińskimi prowincjami.

Jak pan odebrał słowa Putina w 2008 roku - jako prowokację czy zapowiedź realnej polityki?

- Wtedy - w 2008 roku - ta relacja brzmiała surrealistycznie.

Był pan zszokowany tymi słowami Putina? 

- Proszę pamiętać o kontekście historycznym. To było o jeszcze przed szczytem sojuszu Północnoatlantyckiego w Bukareszcie, na którym prezydent Putin groził Ukrainie otwartym tekstem - skądinąd w obecności prezydenta Lecha Kaczyńskiego - i oczywiście przed wojną z Gruzją. Dopiero w Bukareszcie Władimir Putin powiedział wprost, że Ukraina to sztuczne państwo, zlepek terenów Rosji, Rumunii, Węgier oraz Polski.

Tekst przemówienia prezydenta Putina - na naszą prośbę - delegacja rosyjska nam wręczyła, a my przekazaliśmy go w przyjaźni Ukrainie. Dzieliliśmy się naszymi intuicjami z wieloma przywódcami Zachodu, ale do czasu aneksji Krymu nie wszyscy dawali im wiarę.

Przypominam, że Gruzja nie była ostatecznym potwierdzeniem intencji Rosji, bo jednak w Gruzji prezydent Saakaszwili dał się sprowokować i pierwszy oddał strzały. O możliwych planach Prezydenta Putina mówiłem w 2008 roku, choć by w moim wystąpieniu na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku, co niektóre media nazwały nawet "doktryną Sikorskiego".

Ale opozycja już zarzuca panu, że skoro w 2008 roku znaliście zamiary Putina, to polityka polskiego rządu wobec Rosji była zbyt uległa.

- To niedorzeczne. Zawsze realizowaliśmy polskie interesy w relacjach z Moskwą. Tak jak mówiła w poniedziałek wieczorem pani premier Kopacz, Polska nigdy nie będzie brała udział u w aneksjach innych krajów. Mamy własne doświadczenie rozbiorów, a po drugie - wtedy kiedy to zrobiliśmy wkraczając w 1938 r. na Zaolzie - okazało się to dramatycznym błędem i wyciągnęliśmy z tego wnioski.

Dlaczego wtedy, w 2008 roku, po spotkaniu z Putinem, ani pan, ani premier Tusk, nie powiedzieliście publicznie, że taka propozycja padła?

- Te aluzje okazały się znaczące dopiero później, po szczycie NATO, po wojnie w Gruzji i po aneksji Krymu.

Kiedy pan rozmawiał z Politico o tej sprawie?

- Tydzień temu rozmawiałem przez telefon z Benem Judah. Nie mam pretensji o brak autoryzacji, bo w kulturze anglosaskiej nie ma takiego zwyczaju. Ben Judah to rzetelny dziennikarz, ale jak się okazuje - pewne rzeczy w autoryzacji - warto doprecyzować.

Czy wyciąłby pan w autoryzacji słowa o propozycji rozbioru Ukrainy?

- Ten rozbiór się dokonał, pomimo że Polska robiła co w jej mocy aby mu zapobiec. Cywilizowany świat nie uznaje nielegalnych aneksji. Przypominam, że Rosja miażdżąco przegrała głosowanie w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ.

W Polsce już się zaczyna polityczna awantura wokół tej pana wypowiedzi.

- To jest klasyczna wsobność polskiej polityki - za słowa czy działania innych krajów zawsze chłopcem do bicia musi być ktoś u nas. Trudniej jest zareagować w Rosji, Waszyngtonie czy Berlinie, a w Polsce politycy są pod ręką.

Myślę, że to są bardzo poważne sprawy i warto by się zastanowić nad meritum kwestii i potrzebnej europejskiej reakcji, a nie tylko wykorzystywać tę sprawę w bieżącej rywalizacji partyjnej.

Żałuje pan tych słów, bo dziś robi się z tego pałkę na pana?

- W Europie mamy dziś taki problem, że politycy rosyjscy mówią do nas językiem twardej dyplomacji i siły. Dosłownie w niedzielę mój niedawny kolega Sergiej Ławrow powiedział otwartym tekstem, że gdyby Mołdawia zechciała przyłączyć się do NATO czy Rumunii, to Naddniestrze może wybrać własną przyszłość . Wszyscy wiemy, co to oznacza.

A my do Rosji nadal próbujemy mówić językiem postmodernistycznym, w którym konflikt jest nie do wyobrażenia. Obawiam się, że ten nasz język jest niezrozumiały po drugiej stronie. Wtedy, kiedy rosyjscy politycy nam grożą wojną, czy bojkotem handlowym, to powinniśmy usłyszeć od europejskich polityków, co oni zamierzają zrobić w odzewie. (...)

Źródło: wyborcza.pl


bg Image