grupinski_min1.png

Zrobimy wszystko, by Platforma Obywatelska wygrała wybory parlamentarne. Jesteśmy teamem, który pracuje na rzecz Ewy Kopacz i będziemy to robić tak długo, jak długo będzie tego od nas oczekiwać - mówi szef klubu parlamentarnego Rafał Grupiński.

"Nie zasejmowiłsię Pan zbytnio?

O, słyszę, że odwołuje się pan do przedwojennego ministra skarbu.

Nie-do Pana. To Pan z mównicy sejmowej odwoływał się do Ignacego Matuszewskiego.

Mówiłem o zasejmowieniu, mając na myśli poziom polemiki. Prosiłem posłów opozycj i, by ważyli argumenty w dyskusji i do argumentów przede wszystkim sięodwoływali. A samego siebie rzeczywiście uważam za zasejmowionego - bo staram się starannie dobierać argumenty. Nie jestem radykałem w żadnej sprawie.

Ten neologizm pasuje do Pana także wtedy, gdy się go wyjaśni jako długie tkwienie w Sejmie. Koledzy w rządzie, a Pan cały czas na Wiejskiej.

Nie wszyscy - mam wielu kolegów, nie zmieściliby sięw jednym rządzie. (śmiech)

Ale ci najbliżsi zostali ministrami.

Rzeczywiście, moi przyjaciele poszli do rządu. Taki jest podział ról. Choć były spekulacje, że mógłbym zostać ministrem kultury.

Miał Pan propozycję?

Nie, a pogłoski o tym dementowałem.

A czy gdyby miał Pan propozycję, to byją przyjął, czy jednak resort kultury tonie ta waga polityczna?

Jestem człowiekiem kultury, ale na pewno ten aspekt, o którym pan mówi, brałbym pod uwagę. Jednak stanowisko szefa największego klubu parlamentarnego jest politycznie istotniejsze niż bycie ministrem kultury.

Jaka teka skusiłaby Rafała Grupińskiego do tego, by się zgodził odsejmowić?

Nie jestem zwolennikiem tek. Od kilkudziesięciu lat używam jednej i tej samej - ma niemal wyprute kieszenie wewnętrzne, ale i tak jej nie wymieniam.

Z drugiej strony z grona najważniejszych osób w PO tylko Pan nie ma wswoim politycznym CV pracy w rządzie - jednak sekretarz stanu to nie konstytucyjny minister.

To prawda. Ale po pierwsze polityka to praca zespołowa, a po drugie w polityce liczy się tak naprawdę to, co się realnie zrobi, a nie jakie stanowiska zajmuje tytularnie. Gdy się spojrzy na nazwiska osób, które były ministrami w ciągu ostatnich 25 lat, to widać, że różnie z ich osiągnięciami bywało.

Zawsze wydawało mi się, że do polityki wchodzi się po to, by mieć realny wpływ na rzeczywistość. Jako minister miałby Pan znacznie większy wpływ niż w Sejmie.

Oczywiście w polityce dobrze jest móc zrobić coś trwałego, ale trzeba też umieć osiągać kompromisy - bez tego nie przeforsuje się żadnego rozwiązania. Posłowie koalicji w Sejmie zajmują sięw dużej mierze tym, co przychodzi do nas z rządu, ale często uchwalamy też projekty poselskie, na przykład ostatnio ważną ustawęo zamówieniach publicznych.

A może Pan nie rusza się z Sejmu, bo liczy, że za czasów Ewy Kopacz będzie on odgrywał ważniejsząrolę?

Spodziewam się bardzo dobrej współpracy z panią premier. Mam to szczęście, że blisko z nią współpracowałem, gdy była marszałkiem Sejmu, wspólnie rozstrzygaliśmy różne dylematy polityczne i merytoryczne. Na podstawie tego doświadczenia domyślam się, że jej kooperacja z Sejmem będzie bardzo partnerska.

Jak chcecie wykorzystać większą przestrzeń, jaką rząd może Wam teraz zostawić?

Trudno mi teraz odpowiedzieć na to pytanie, gdyż najważniejsza będzie dla nas realizacja poszczególnych zapowiedzi z exposé, a czasu nie ma zbyt wiele. Poza tym pewne komplikacje wprowadza przyjęte za naszych rządów założenie, istotne i dobre, zakładające stały przegląd nowych ustaw pod kątem skutków ich funkcjonowania - nie tylko finansowych - po roku ich obowiązywania.

Wygląda na to, że w tym roku najgorętsza dyskusja wybuchnie przy okazji ratyfikacji konwencji o zwalczaniu przemocy wobec kobiet Kto weźmie na siebie ciężar przepychania jej w Sejmie - pani premier czy Pan jako szef klubu?

To będzie wspólna odpowiedzialność szefostwa klubu i partii. Ale też odpowiedzialność za tę ratyfikację wezmą na siebie wszyscy posłowie, w tej sprawie będzie się bowiem liczył każdy głos.

Każdy będzie się obawiał reakcji wyborców.

Zdecydowana większość naszych wyborców zalicza się do grona wiernych Kościoła, ale jednocześnie opowiada się za ustrojowym - ale też praktycznym i wyraźnym - rozdziałem Kościoła od państwa Nie widzę więc powodów, dla których mielibyśmy ponieść jakiekolwiek szkody w elektoracie z powodu przyjęcia tej konwencji.

Przy głosowaniu w sprawie związków partnerskich w PO zbuntowało się konserwatywne skrzydło partii - skończyło się spektakularną porażką. Nie boicie się teraz powtórki z rozrywki?

Ale przecież ta konwencja nie stawia niczego na ostrzu noża.

A zapisy dotyczące płci kulturowej?

To spore nieporozumienie i nadinterpretacja. Takie kwestie są oddzielnie uregulowane przez polskie prawo i nie ma szans na żadne nadużycia z powodu jej przyjęcia. Konwencjazostałazaakceptowanawcałej Europie, przyjęta nawet w Turcji. W Polsce ma wejść w takim samym kształcie jak za granicą, jest ona po prostu przetłumaczona.

Ale pojawia się pytanie, czy jest to konieczne. Przepisy już są, nie można np. bić żony.

Dziecka też bezkarnie nie może pan uderzyć - takie przepisy weszły dzięki PO. Natomiast przyjęcie konwencji jest istotne także z powodu wizerunku Polski w Europie - dlatego nie możemy tego odkładać w nieskończoność. Poza tym ten dokument nie wprowadza żadnych bezpośrednich zmian w prawie polskim, tym bardziej nie ma więc powodów, by się bronić przed głosowaniem w tej sprawie. Natomiast w radzie, która będzie kontrolowała wykonywanie tej konwencji w Europie, będzie zasiadał Polak lub Polka - jej, jego zadaniem będzie pilnowanie, by nie dochodziło do prób nadinterpretacji tego dokumentu. Dlatego wydaje mi się, że obawy większości konserwatystów w tej sprawie jesteśmy w stanie rozwiać.

Pana zadaniem jest liczenie szabel w PO i sprawdzanie, czy jest większość wystarczająca do przepchnięcia tej konwencji. Bo rozumiem, że gdyby wynik głosowania miał być niepewny, to ryzyka podejmować nie będziecie.

Tak, w sytuacji, gdy ma być głosowana międzynarodowa konwencja, nie możemy podejmować niepotrzebnego ryzyka.

W klubie PO będzie obowiązywała dyscyplina?

Nie ma żadnego powodu, żeby jej nie było.

W sprawach światopoglądowych posłowie PO mogli głosować zgodnie z własnym sumieniem.

Ale to nie jest sprawa stricte światopoglądowa. Ten dokument dotyczy przemocy w rodzinie. Trudno sprawę bicia i molestowania członków rodziny uznać za kwestię wyboru sumienia. To byłby absurd. Tak naprawdę spieramy się o kwestie drugorzędne, które nie są istotą tej konwencji.

A jakby Marek Biernacki - mimo dyscypliny partyjnej - zagłosował przeciwko tej konwencji, to co wtedy?

Nie warto o tym teraz rozmawiać. Najpierw czeka nas dyskusja o samej konwencji. Proszę nie przyjmować czarnych scenariuszy. (...)"

Cała rozmowa: "Polska The Times" Nr 84 (1342), str. 6 - 7


bg Image