protas.png

Grzegorz Schetyna jak Sebastian Mila? Kariery obu się załamały, ale ostatnio dobrze grają wśród najlepszych. Tyle że Schetyna koncentruje się na rozgrywkach międzynarodowych, a nie krajowych - mówi Jacek Protasiewicz w rozmowie w "Polska The Times".

"Gdyby Sebastian Mila w końcówce meczu ze Szkocją wykorzystał świetną okazję, dziś wszyscy byśmy śpiewali: Cała Polska w cieniu Śląska?

Na Dolnym Śląsku jesteśmy dumni z wyczynów Sebastiana, który na co dzień gra w Śląsku Wrocław. Chciałbym, żeby jego dobra gra była zapowiedzią zmiany także politycznego wizerunku Dolnego Śląska - z regionu, który generował problemy, na region sukcesu dla PO.

A może tę prawie bramkową akcję Mili należy uznać za symbol śląskiej polityki? Bo Mila efektownie zakręcił dwoma Szkotami, ale potem haniebnie chybił. Zrobił mnóstwo szumu, ale była to tylko sztuka dla sztuki.

Styl zawsze ma znaczenie, ale on był tylko jednym z graczy całej reprezentacji, która pokazała dobrą piłkę. Już dawno nie oglądaliśmy takiego futbolu w jej wykonaniu - a Mila okazał się jej ważnym ogniwem. Grał zaledwie pół godziny, a mimo to miał duży wpływ na przebieg gry.

Miałby, gdyby trafił. Czy to właśnie nie jest kwintesencja wrocławskiej polityki - dużo szumu, mało treści?

Tak to wyglądało do niedawna. Ale właśnie wychodzimy na wprost bramki - jak Mila w meczu z Niemcami po podaniu Roberta Lewandowskiego. Na razie przejmujemy piłkę, ale mam nadzieję, że finalne kopnięcie, czyli wybory samorządowe 16 listopada, będzie tak samo skuteczne jak Sebastiana w tamtym meczu.

Kto jest Sebastianem Milą dolnośląskiej polityki?

Nie szukamy jego kopii, bo sam Mila popiera jedną z kandydatek PO startujących do rady miasta we Wrocławiu.

Ja z kolei widzę podobieństwa w karierach Mili oraz Grzegorza Schetyny. Początek to wysoki wzlot, później twarde lądowanie, ale ostatnie tygodnie to znów dobra gra wśród najlepszych. Trafna analogia?

Poniekąd sinusoida karier obu panów podobna, podobieństwo nie jest do końca celne, dziś bowiem Schetyna koncentruje się na rozgrywkach międzynarodowych, a nie krajowych czy regionalnych.

Kiedy Pan się dowiedział, że Schetyna będzie grał w innej lidze niż Pan, że idzie do MSZ?

W dniu, w którym on sam otrzymał propozycję, by objąć tę funkcję - dzień przed prezentacją rządu przez Ewę Kopacz.

Co Pan wtedy pomyślał?

Pomyślałem, że po rezygnacji Radosława Sikorskiego powierzenie Schetynie tego stanowiska to dobry pomysł, gdyż w tym miejscu będzie mógł wykorzystać cały swój potencjał i doświadczenie. Szkoda by było marnować jego polityczne umiejętności, a na tym stanowisku znów będzie grał dla Platformy.

Ale też stanowisko ministra dla Schetyny to jak podanie mu tlenu - a przecież wcześniej mnóstwo energii Pan włożył w to, by go politycznie zmarginalizować. Cały Pana wysiłek na nic?

Polityczna rywalizacja na Dolnym Śląsku nie miała na celu marginalizacji Grzegorza Schetyny. To była kwestia strategicznego porozumienia PO z Rafałem Dutkiewiczem. Ja proponowałem tę zmianę, a przeciwny był Schetyna. Zwyciężyła moja koncepcja i ja zostałem wybrany, żeby ją realizować. Jak widać, nie była to pusta figura retoryczna służąca usunięciu Schetyny. Koalicja Dutkiewicza i PO jest faktem, razem idziemy do wyborów.

Schetyna jak Mila, a Dutkiewicz jak Ryszard Tarasiewicz? Ten ostatni jest gwiazdą, świetnym piłkarzem i trenerem - ale dobrze mu szło tylko we Wrocławiu, poza nim tracił dużo na skuteczności.

Trafniejsze wydaje mi się porównania Dutkiewicza do Władysława Żmudy, piłkarza Śląska i legendarnego obrońcy najlepszej w historii reprezentacji Polski, w której składzie cztery razy zagrał na mistrzostwach świata.

Tyle że Żmuda największe sukcesy odnosił wtedy, gdy ze Śląska odszedł do Widzewa Łódź, a potem do Włoch. Dutkiewicz kilka razy próbował odejść z Wrocławia - ale zawsze bez powodzenia.

Rafał Dutkiewicz największe osiągnięcia ma jeszcze przed sobą. I zapewne kiedyś opuści fotel prezydenta Wrocławia na rzecz politycznej drużyny narodowej. Doszedł do wniosku, że - podobnie jak w innych demokratycznych krajach - skuteczna polityka na poziomie krajowym jest niemożliwa poza strukturami partyjnymi. Na partie można się zżymać, należy wobec nich być krytycznym, ale widać, że lepszego modelu uprawiania polityki nie ma. A ja jestem przekonany, że życiowa rozgrywka jeszcze przed Dutkiewiczem.

Chodzi Panu o to, że po raz czwarty zostanie prezydentem Wrocławia? W ten sposób Dutkiewicz cały czas jest Tarasiewiczem,a nie Żmudą.

Ale Tarasiewicz jest również legendą i dumą Wrocławia, który przecież miał też swój wkład w sukcesy narodowej reprezentacji. Sam Dutkiewicz przyznał, że źle zdiagnozował politykę ogólnopolską, i uznał, że ten model, który jest popularny we Wrocławiu - działalności w formie luźnego stowarzyszenia - jest zbyt idealistyczny. .. Chwała mu za to, że ma odwagę to przyznać i dokonać korekty.

Nie szkoda, by tak utalentowany zawodnik jak Dutkiewicz był tylko legendą Wrocławia? Nie powinien zacząć odgrywać ważnej roli także w reprezentacji Polski?

Też tak uważam, ale wiem, że meczów nie wygrywają same gwiazdy, tylko całe drużyny. Rafał Dutkiewicz wie, że polityka - podobnie jak piłka nożna -jest grą zespołową. Wchodzi do naszej drużyny i szuka sobie w niej miejsca. A z tego będą sukcesy.

A ulubiony piłkarz wrocławski Jacka Protasiewicza?

Z dawnych gwiazd - Janusz Sybis, świetny drybler i strzelec Śląska z lat 70. Z dzisiejszych - Sebastian Mila. Zanim jeszcze odnalazł się w reprezentacji, błyszczał w Śląsku, był mózgiem drużyny, która zdobyła mistrzostwo kraju dwa lata temu.

Zastanawiam się, do jakiego piłkarza mogę Pana porównać. I wychodzi mi Zbigniew Mandziejewicz. Świetny defensy wny pomocnik, trzymał w ryzach drugą linię Śląska, a później Legii Warszawa - także w Lidze Mistrzów. Ale jednocześnie człowiek o trudnym charakterze, przez co nigdy nie wyszedł poza drugi plan. Dziś mało kto o nim pamięta.

Mandziejewicz to była bardzo solidna firma! Chciałbym kiedyś, by i o mnie tak mówiono. Przyznaję, że mój temperament i charakter nie są najłatwiejsze, ale też uczę się na błędach - zarówno swoich, jak i cudzych. I liczę na to, że moje największe sukcesy ciągle przede mną.

O jakich sukcesach Pan marzy? O stanowisku sekretarza generalnego Platformy?

W pierwszej kolejności - o odzyskaniu zaufania wrocławskich wyborców. O tym, czy mi się udało, przekonam się podczas przyszłorocznych wyborów parlamentarnych. A jeśli okaże się, że wrocławianie ponownie chcą na mnie głosować, to wtedy będę myślał o bardziej eksponowanych funkcjach publicznych.

Czyli to już pewne, że za rok wystartuje Pan w wyborach do Sejmu?

Chciałbym - ale 12 miesięcy w polskiej polityce to szmat czasu, wiele się może zdarzyć. Poza tym ostateczna decyzja należy do Ewy Kopacz.

Rozmawiał Pan z nią o samym sobie? Czy pani premier odkreśliła grubą przeszłość Pana przeszłośći dała Panu carte blanche, czy jeszcze Pan musi pokutować?

Niezależnie od niefortunnego incydentu frankfurckiego zawsze miałem poczucie wsparcia ze strony ówczesnej pani marszałek. Może jako kobieta była bardziej wyrozumiała, ale z jej strony słyszałem wyłącznie słowa otuchy i zachęty do walki o drugą szansę.

Dziś pani marszałek jest szefem rządu. Jaką drużynę stworzyła? Więcej będziemy słuchać ojej wynikach czy o podziałach w jej wnętrzu?

Pani premier tworzyła swoją drużynę, starając się wykorzystać każdy talent, który był dostępny. Każdy, czyli nawet taki, który wcześniej był niedostrzegany lub omijany ze względu na swój trudny charakter. Zaryzykowała - podobnie jak Adam Nawałka, wprowadzając do reprezentacji Polski takich piłkarzy jak nieznany Krzysztof Mączyński czy pomijany wcześniej Sebastian Mila. W jego wypadku to się sprawdziło i jestem przekonany, że wyniki jej pracy będą równie dobre jak wyniki kadry Nawałki.

Jest Pan przekonany, że pani premiersię uda - ale dziś tak samo prawdopodobne jest to, że się poparzy.

Poczekajmy. W drugim kwartale przyszłego roku poznamy efekty prac nad nową ordynacją podatkową, czyli nowym ładem w relacjach państwo - przedsiębiorcy, będziemy tez po najważniejszych decyzjach dotyczących rozdziału środków europejskich - wtedy przyjdzie czas na ocenę jej działania. Ale już dzisiaj swoimi decyzjami - jak choćby w sprawach personalnych, takich jak odprawa dla minister Marii Wasiak - przekonuje wielu do siebie. Także tych, którzy wcześniej byli nieufni wobec PO.

Przytacza Pan pojedyncze przypadki, patrząc natomiast na szerszy plan, nic nie wiemy o poglądach Ewy Kopacz. Donald Tusk, do czasu gdy został premierem, konsekwentnie budował swój wizerunek liberała - i to był ważny punkt odniesienia. Kopacz tego sobie nie wypracowała. Nie skazuje się w ten sposób tylko na zajmowanie się wydarzeniami bieżącymi?

Etykiety ideologiczne dla wyborców są dużo mniej istotne niż dla samych polityków. Ludzie oczekują przede wszystkim konkretnych rezultatów, najlepiej połączonych z poczuciem, że rządzący rozumieją problemy, którymi oni żyją. I exposé premier Kopacz, i jej późniejsze wystąpienia publiczne dowodzą, że ona dobrze te problemy czuje. Polacy widzą w pani premier nie ideologa, tylko lekarkę, która rozumie takie problemy jak na przykład bezdzietność wielu rodzin. (...)"

Cała rozmowa: "Polska The Times" Nr 83 (1341), str. 14-15


bg Image