crop-D54uc4Y2jsPyZ5B_180x130-0.png

Szkolnictwo zawodowe ma sens tylko wtedy, kiedy odpowiada na potrzeby rynku pracy i spełnia oczekiwania pracodawców - mówiła Minister Edukacji Narodowej Joanna Kluzik-Rostkowska.

Do konsultacji społecznych trafił projekt reformy szkolnictwa zawodowego. Co ma się zmienić?

Joanna Kluzik-Rostkowska: Przez wiele lat marzyliśmy o tytule magistra przed nazwiskiem. Miał gwarantować dobrą pracę i jeszcze lepsze zarobki. Dziś już wiemy, że niekoniecznie tak się stanie. Coraz częściej gimnazjaliści i ich rodzice zastanawiają się, czy przypadkiem szybsze zdobycie zawodu nie jest lepszym pomysłem. Ciągle oczekujemy solidnego wykształcenia ogólnego pozwalającego studiować, ale przecież możliwe jest dwa w jednym – zdobycie wiedzy i kwalifikacji dających szansę na rynku pracy.

Czyli szkolnictwo zawodowe.

I tu pojawia się pierwszy problem, bo o ile uczniowie i rodzice mają rozeznanie na temat jakości pracy i oferty liceów ogólnokształcących, o tyle na temat funkcjonujących w ich okolicy techników czy szkół zawodowych przeważnie nie wiedzą nic.

Teraz mają się dowiedzieć.

Kiedy gimnazjaliści wrócą z najbliższych ferii zimowych, będzie czekać na nich mapa szkół zawodowych z pełną informacją o ich ofercie edukacyjnej, zdawalności egzaminów zawodowych czy w przypadku techników zdawalności matury. Wybór szkoły zacznijmy od dobrego rozeznania oferty w najbliższej okolicy.

Ale to nie brak dostępu do informacji sprawia, że szkoły zawodowe są źle postrzegane. Kwestionowana jest jakość ich pracy i to, że wypuszczają absolwentów bez kwalifikacji oczekiwanych przez rynek pracy.

Mamy bardzo różne szkoły. Są technika, w których maturę zdaje 90 proc. uczniów, bywa też znacznie gorzej. Podobnie jest z jakością zasadniczych szkół zawodowych. W nowej perspektywie unijnej na lata 2014–2020 mamy 820 mln euro, czyli sporo ponad 3 mld zł przeznaczone na szkolnictwo zawodowe. Oczywiście szkolnictwo zawodowe ma sens tylko wtedy, kiedy odpowiada na potrzeby rynku pracy, spełnia oczekiwania pracodawców.

Mówi się o tym od lat, niewiele z tego wynika.

Jeśli dobrze zdefiniujemy dostęp do unijnych pieniędzy, to wymusimy zmiany. Główna pula, czyli 700 mln euro, będzie w dyspozycji marszałków województw. Szkoły, które będą chciały po te pieniądze sięgnąć, będą musiały stworzyć ofertę edukacyjną odpowiadającą na zapotrzebowanie lokalnego rynku pracy, czyli np. otrzymają środki na przekwalifikowanie nauczycieli, aby ci byli w stanie kształcić młodzież w tych zawodach, o które upominają się pracodawcy.

Dla przedsiębiorców, szczególnie mniejszych, taka współpraca to zbyt duże obciążenie, bo to oni finansują kształcenie uczniów tych szkół. Dotacje państwa na ten cel niekiedy nie pokrywają nawet połowy realnych kosztów.

To drugi element reformy, który zamierzamy sfinansować. Chciałabym doprowadzić do sytuacji, w której szkoły zawodowe będą kształciły w systemie dualnym, czyli uczniowie będą uczyli się zawodu bezpośrednio w firmie. To znacznie zwiększa szanse zatrudnienia, choćby u pracodawcy, u którego ma się praktyki. W budżetach marszałków będę pieniądze, po które przedsiębiorcy będą mogli się ubiegać, by tworzyć miejsca praktyk w swoich zakładach i by kształcenie uczniów im się opłaciło.

Te szkoły, które nawiążą współpracę z przedsiębiorcami, rozwiną się. Otrzymają środki na stworzenie ciekawej oferty edukacyjnej, atrakcyjnej dla uczniów ze względu na praktyki prowadzone bezpośrednio u pracodawcy i dającej duże szanse na odniesienie sukcesu na rynku pracy.

A co z tymi, które nie zechcą się zreformować.

Będą niekonkurencyjne, nie będą miały uczniów i będą musiały się zamknąć. Nie akceptuję sytuacji, w której szkoła istnieje dla nauczycieli, czyli np. kształci kucharzy, bo akurat taką kadrą dysponuje, mimo że rynek pracy ich nie potrzebuje.

Taki system kształcenia jest w Niemczech. Tyle że tam ok. 30 proc. młodzieży trafia do szkół ogólnokształcących, reszta kierowana jest do różnego typu szkół zawodowych. Czy w polskim systemie pojawi się podobna selekcja?

System niemiecki pierwszej selekcji uczniów dokonuje bardzo wcześnie, bo już po szkole podstawowej. To racjonalne, jeśli patrzymy na korzyści dla całego społeczeństwa, ale czasem przedwcześnie podcina skrzydła konkretnemu dziecku. Jego aspiracje podporządkowane są oczekiwaniom społecznym i gospodarczym. My z kolei dajemy uczniom bardzo wiele swobody, co niekoniecznie przekłada się na sukces na rynku pracy. Myślę, że warto szukać złotego środka między realiami rynku pracy i ambicjami młodzieży. Prawie połowa absolwentów gimnazjów już dziś wybiera szkolnictwo zawodowe. Jeżeli podniesiemy jego jakość, z tej oferty będą korzystać chętniej. Na pewno trzeba zbudować skuteczny system doradztwa zawodowego.

Mamy już doradców zawodowych w szkołach.

Część z nich to świetni fachowcy, część jedynie teoretycy, którzy nigdy nie musieli konfrontować swojej wiedzy z realiami rynku pracy. Jesteśmy jeszcze w trakcie negocjacji z Komisją Europejską, ale chciałabym, aby część środków, które mamy na reformę szkolnictwa zawodowego, szkoły mogły przeznaczyć na współpracę z profesjonalistami. Ludźmi, którzy znają rynek pracy od podszewki.

Co stało na przeszkodzie, by zrobić to wcześniej?

Minister Katarzyna Hall przygotowała grunt prawny, mamy nowe podstawy programowe, inny sposób egzaminowania, pierwsi absolwenci wyjdą na rynek pracy za rok.

Reformę opracowano w 2008 r., weszła w życie po czterech latach, ale nie przygotowano podręczników, więc uczniowie mają książki sprzed reformy.

To jest problem, bo tym sektorem podręczników nie są zainteresowani wydawcy, mimo że MEN dofinansowuje tego typu książki. Dlatego planujemy przejść na e-podręczniki, które o wiele łatwiej jest modyfikować. (...)

Cała rozmowa: rp.pl


bg Image