crop-kXH5KQN985qGg4c_180x130-0.png

Komisja Europejska jest przede wszystkim strażnikiem traktatów i metody wspólnotowej. Musi czuwać, by Unia nie pękła na strefę euro i non-euro i nie pokawałkowała się na rozmaite porozumienia międzyrządowe - mówi europoseł Janusz Lewandowski.

"+Polska The Times+: Europosłowie urządzili niemalże rzeź niewiniątek w czasie przesłuchań kandydatów do Komisji Europejskiej. Kilku z nich otrzymało żółte kartki, a Węgier i Słowenka - czerwone. Kandydaci byli słabi czy eurodeputowani wyjątkowo ostrzy?

Janusz Lewandowski: Przesłuchania kandydatów na komisarzy nie są formalnością. W dodatku wkrada się w to polityka, czyli porachunki miedzy parlamentarnymi frakcjami. Dla europarlamentu jest to okazja, by okazać swoją siłę, a w tym roku - także pewną frustrację z powodu nowej struktury Komisji.

Na papierze wygląda ona bardzo interesująco, wręcz inspirująco.

Ale przestała pokrywać się ze strukturą komisji w europarlamencie. Dla przykładu ja jestem w komisji PE ds. przemysłu i z tego powodu brałem udziałwprzesłuchaniach sześciu kandydatów na komisarzy. To dowód mniejszej przejrzystości Komisji co do podziału pracy między komisarzami. A na to nakłada się słabość niektórych kandydatów - albo źle przygotowanych, albo dźwigających ciężar swego zaplecza politycznego, jak np. Węgier rozliczany przez lewicę za politykę Orbána...

Elżbieta Bieńkowska została w jednym z zestawień oceniona najniżej spośród komisarzy przesłuchiwanych w ubiegłym tygodniu. A w Pana prywatnym rankingu, kto wypadł najsłabiej?

Dla mnie zaskakujący był słaby występ Słowenki Alenki Bratušek, gdyż ona powinna spodziewać się grillowania przede wszystkim za sposób, w jaki została kandydatem na komisarza - sama się na to stanowisko mianowała, odchodząc z funkcji premiera Słowenii. Słowenia musi wskazać nową osobę. Inni kandydaci mogli być zaskoczeni nowym dla nich zakresem odpowiedzialności, choćby Günther Oettinger, który wcześniej zajmował się energetyką, a teraz ma odpowiadać za gospodarkę cyfrową - ten zresztą zdał egzamin.

Ajak Pan ocenia potencjał nowej Komisji? Czy jest onawstanie ruszyć Europęwciągunajbliższych pięciulat?

Komisja jest nade wszystko strażnikiem traktatów i metody wspólnotowej. Musi czuwać, by Unia nie pękła na strefę euro i non-euro i nie pokawałkowała się na rozmaite porozumienia międzyrządowe. Byłby to koniec wspólnoty 28 krajów. Jeśli zaś chodzi o potencjał i zdolność działania, to nowa struktura - według pomysłu Junckera - jest eksperymentem. Od dawna rozważano pogrupowanie komisarzy w tzw. klastry, nad którymi czuwają wiceprzewodniczący bez teki. W Polsce wicepremierzy i ministrowie bez teki się nie sprawdzili. Zobaczymy, czy takie rozwiązanie wypali w Brukseli.

Teraz, gdy słucham Pana wywodu, między wierszami słyszę, że nie jest Pan zachwycony nową Komisją.

Wierzę, że doświadczony Juncker wie, co robi. Zobaczymy, jaką moc mają nadzorcy pozbawieni oparcia we własnej administracji. Byłem przez pięć lat w KE i stawiam znak zapytania co do roli tego kogoś, kto np. będzie formalnie nadzorował Elżbietę Bieńkowską, dla której będzie pracowało 1500 osób. Podoba mi się natomiast wola deregulacji Unii Europejskiej. Już w tym roku wskazaliśmy ponad 50 propozycji legislacyjnych, które można wycofać, bo są niepotrzebne, a czasami irytują ludzi, zanadto ingerując w ich życie codzienne.

Ale czy to wystarczy, by ruszyć Europę z posad? W ubiegłym tygodniu szefowa MFW Christine Lagarde rzuciła, że czeka nas „era mierności" weuropejskiej gospodarce, przede wszystkim w strefie euro. Komisja zdoła to przełamać czy Europa stanie się wielką Japonią?

Jestem przeciwny mnożeniu nadmiernych oczekiwań wobec nowej Komisji. Odpowiedzialność za sytuację gospodarczą w UE ponoszą przede wszystkim rządy poszczególnych państw. Sama Bruksela ma skromne instrumenty po temu, by rozkręcać gospodarkę. Ale faktem jest, że ostrożny optymizm co do ożywienia europejskiej ekonomii z początku tego roku nie znajduje dziś pokrycia w faktach - stąd właśnie wzięły się te ponure przepowiednie pani Lagarde. Były podstawy do umiarkowanego optymizmu, skoro z siedmiu krajów objętych programami pomocowymi zostały tylko Grecja i Cypr, deficyty budżetowe zredukowano średnio z 7 proc. w roku 2010 do 2,5 proc w roku 2014. Niestety, o ile na początku 2014 r. szacowano, że kraje UE będą sięw tym roku rozwijać średnio w tempie 1,6 proc. PKB, to teraz mówi się zaledwie o 0,8 proc.

Co poszło nie tak?

Po części to konsekwencja sytuacji na innych kontynentach, które wcześniej napędzały światową gospodarkę, otwierając rynki zbytu dla Europy. Dziś ten napęd pochodzący z Chin, Indii, Brazylii czy Meksyku jest słabszy. Także chodzi o Rosję, ale to jest pochodna napięć politycznych. Konieczne sankcje, jako odpowiedź na agresje Kremla, przyszły w najmniej stosownym czasie - kruchego ożywienia gospodarki europejskiej, która dźwiga się z głębokiego kryzysu. Sankcje nie są może tak obciążające w wymiarze ekonomicznym, ale pogarszają klimat międzynarodowy i tym samym zaufanie, które jest przesłanką inwestycji. Unia Europejska inwestuje dziś o 15 proc. mniej niż w 2007 r. To wszystko sprawia, że rewidujemy w dół tegoroczne i przyszłoroczne prognozy, nawet w Niemczech - z 1,9 proc. do 1,4 proc. wzrostu PKB. Druga potęga kontynentalna - Francja - jest w stagnacji, a trzecia - Włochy - w recesji. (...)"

Cała rozmowa: "Polska The Times" Nr 81 (1339), str. 37-38


bg Image