crop-39sIMBxYejfs3P0_180x130-0.png

Podobało mi się expose, bo było zwięzłe, konkretne i podkreślające trzy priorytety – bezpieczeństwo państwa, bezpieczeństwo rodziny i wykorzystanie funduszy unijnych – mówi w rozmowie z "Rzeczpospolitą" europoseł Dariusz Rosati.

3 mld zł mógłby stracić nasz budżet, dlatego że ustawa umożliwiająca opodatkowanie spółek zarejestrowane w rajach podatkowych przez dwa tygodnie nie została opublikowana. Czy to jest głupota, bałagan czy korupcja?

Prof. Dariusz Rosati: Nie sądzę, by w tle była korupcja, to byłaby poważna kryminalna sprawa. Mam wrażenie, że po prostu jakiś urzędnik zaspał. Nie spojrzał do treści ustawy i nie wiedział, że termin publikacji ma tak ogromne znaczenie. Oczywiście te 3 mld zł to są bardzo luźne szacunki, firmy objęte ustawą szukałyby innych form unikania podatków. Ale tak czy inaczej mamy do czynienia z kosztowną urzędniczą pomyłką.

Rząd Ewy Kopacz kroczy od wpadki do wpadki?

Nie można obarczać pani premier odpowiedzialnością za każdy błąd administracji, na dodatek przecież ona urzęduje dopiero dwa tygodnie. Ale z całą pewnością ktoś powinien za to odpowiedzieć.

Zobaczymy, czy tak się stanie. Podobało się panu exposé Ewy Kopacz? Sporo tam było zapowiedzi powiększenia wydatków budżetowych.

Podobało mi się, bo było zwięzłe, konkretne i podkreślające trzy priorytety – bezpieczeństwo państwa, bezpieczeństwo rodziny i wykorzystanie funduszy unijnych. Pani premier jasno stwierdziła, że teraz ona ponosi odpowiedzialność za rządzenie. Spodobał mi się też zaskakujący apel do Jarosława Kaczyńskiego, aby skończyć z tą wojną polsko-polską. Mam zresztą dużo uznania do Jarosława Kaczyńskiego za jego pojednawczy gest wobec Donalda Tuska.

Przecież to są gierki PR-owców obu partii.

Nie upatrujmy wszędzie PR-u i nie lekceważmy tego gestu, on miał ważne społeczne znaczenie. To lepiej dla Polski, że Jarosław Kaczyński zdecydował się uścisnąć dłoń Donalda Tuska. Nie twierdzę, że wraz z tym gestem zakończyła się wojna między PO, a PiS, ale gesty w polityce są czasami ważniejsze od słów.

To jak się panu podobał gest Janusza Palikota, lidera Twojego Ruchu, który poparł rząd Ewa Kopacz? Na dodatek zaklinał się na Boga, że gdyby wiedział, iż ona zostanie kiedyś premierem, to nie odchodziłby z PO.

To jest dziecinada. Niestety, Janusz Palikot nie jest poważnym politykiem. Obserwowałem jego aktywność w Sejmie z dużym niesmakiem. To człowiek zmienny, nieprzewidywalny, pochopny w działaniu i słowach. Jego partia – sklecona naprędce z wojujących antyklerykałów, utopijnych lewicowców, drobnych przedsiębiorców i wielu przypadkowych osób - nie ma żadnej wewnętrznej spójności programowej. To efemeryda jednego sezonu politycznego.

Myśli pan, że Palikot wróci do PO?

Nie sądzę, żeby ktoś chciał go przyjmować.

Ale cenił pan jego pracę w komisji deregulacyjnej, w poprzedniej kadencji?

Tak, to był jego dobry okres. Ale on zawsze szukał roli pierwszoplanowej. Mam wrażenie, że szybko znudził się pracą w tej komisji, i zaangażował się w projekty, które miały wylansować go jako czołowego polityka. Niestety poszedł w stronę niepoważnych happeningów. Pamiętam jak dwa lata temu do komisji budżetowej Twój Ruch przyniósł 6 tys poprawek, w każdej obniżając dotację na Fundusz Kościelny o kolejne 100 złotych. Żeby przegłosować te poprawki, Komisja i Sejm musiałyby pracować przez kolejne trzy tygodnie od świtu do nocy. Nie uchwalilibyśmy na czas budżetu. To było robienie z Sejmu cyrku, po prostu kpina z demokracji. Byłem przekonany, że takie wybryki pogrążą ich w oczach wyborców. Na szczęście znaleźliśmy regulaminowy sposób, aby te poprawki odrzucić w jednym głosowaniu. Dlatego to, co teraz wyprawia Palikot, jest kompletnie niewiarygodne. Traci poparcie, ale nie potrafi z honorem zejść ze sceny politycznej.

Nie ceni pan jego poparcia dla rządu Ewy Kopacz.

Nie cenię.

Wróćmy do exposé. Czy zaproponowany przez panią premier pakiet socjalny nie jest zbyt kosztowny?

Owszem, to wszystko kosztuje, ale to jest decyzja polityczna. Gdybyśmy spytali Leszka Balcerowicza, co należy zrobić, to powiedziałby – ani złotówki na cele socjalne, wszystko na zmniejszenie deficytu i spłatę długów. Z kolei Leszek Miller uznałby, że trzeba wydać więcej, bo według niego wydatki na cele społeczne są za małe.

To, co zaproponowała pani premier jest próba znalezienia pewnego kompromisu. Jej propozycje socjalne nie powinny kosztować więcej niż 6-7 mld zł rocznie. Przy czym waloryzacja rent i emerytów zapowiedziana jeszcze przez Donalda Tuska jest najpoważniejszą pozycją, bo będzie kosztowała 3,8 mld zł. Gdy dodamy do tego ulgi na dzieci, płatne urlopy macierzyńskie, wydatki na żłobki, przedszkola, domy seniora, studia zagraniczne, to łączny koszt tego pakietu wyniesie właśnie 6-7 mld zł.

Jednak polska gospodarka urośnie w tym roku o ponad 3 proc., a deficyt budżetowy będzie mniejszy niż zakładano, bo po ośmiu miesiącach dochody są o ok. 7 mld zł wyższe od planowanych, a wydatki o ok. 5 mld niższe. W skali całego roku możemy mieć 12-15 mld zł oszczędności w budżecie. Część powinna pójść na obniżenie deficytu, ale część można przeznaczyć na dofinansowanie sfery socjalnej. Po sześciu latach kryzysu społeczeństwo jest naprawdę wyposzczone, a demografia zmusza nas do mocniejszego wsparcia polskich rodzin. Sensowne wydawanie pieniędzy na ten cel nie musi być rozdawnictwem, to inwestycja w przyszłość.

Pytanie tylko, czy to przyniesie efekty, skoro co drugi zatrudniony pracuje na elastycznych formach zatrudnienia, często bez prawa do płatnego urlopu czy chorobowego. Nie ma więc ani poczucia stabilności zatrudnienia, ani warunków do wychowywania dzieci, które, niestety, chorują.

Kodeks pracy został uelastyczniony w 2001 roku, gdy w Polsce mieliśmy prawie 20 proc. bezrobocia. I dzięki tym zmianom udało obniżyć je o prawie połowę, a Polska ma dzisiaj najbardziej elastyczny rynek pracy w Europie. Staliśmy przed alternatywą – albo taka praca, albo żadna. (...)

Cała rozmowa: rp.pl


bg Image