crop-uCpX739nym3DAew_180x130-0.png

Planowanie przestrzenne nie może być redukowane do warunków sprawnego zabudowywania terenów zgodnie z oczekiwaniami właścicieli gruntu – pisze senator Janusz Sepioł.

Le Corbusier: „Pan z Polski? A tak, pamiętam, brzydki kraj". Te słowa „papieża" nowoczesnej architektury (pochodzące ze wspomnień prof. Wojciecha Leśnikowskiego) padły w latach 60. w rozmowie z przybyłym na praktykę do Francji młodym polskim architektem. Nie minęło wtedy nawet 20 lat od wojny, po której cały kraj był gruzowiskiem.

Od 25 lat cieszymy się wolnością. Przeżywamy okres rozwoju, którego rozmach budzi respekt, a czasem i zazdrość zagranicy. Dźwigi i pokryte reklamami składy materiałów budowlanych stały się elementem kraj- obrazu. A jednak po każdym powrocie z podróży po Zachodzie zadajemy sobie pytania o kondycję naszych miast. Zastanawiamy się, czy opinia Le Corbusiera była tylko diagnozą, czy także proroctwem.

Na podorędziu mamy wiele usprawiedliwień. Zniszczenia obu wojen światowych, utrata wielkiej części dziedzictwa kulturowego, cywilizacyjna zapaść realnego komunizmu z jego księżycową gospodarką mieszkaniową, wreszcie długoletnia bieda społeczeństwa i państwa. To wszystko fakty. Jednak refleksja, czy cały współczesny wysiłek czyni nasze środowisko zamieszkania bardziej przyjaznym i piękniejszym, przynosi niepokojące wnioski.

Czy rzeczywiście stan polskiej przestrzeni, krajobrazu, polskich miast oraz – co ważniejsze – trendy zmian są tylko pochodną niezależnych od nas procesów czy też konsekwencją naszych wyborów i systemów wartości, wreszcie – naszej polityki?

W debacie publicznej zderzają się dwa obrazy. Pierwszy tworzą publikacje wyników konkursów w rodzaju „Polska pięknieje" czy „Życie w architekturze", a także coraz liczniejsze nagrody za najlepsze realizacje. Nie ulega wątpliwości, że rośnie poziom artystyczny polskiej architektury i technologiczny budownictwa. Ale jest i obraz drugi, dominujący: obraz kraju zachwaszczonego reklamami, pełnego budowlanej tandety i nieładu urbanistycznego.

Prawo własności i zabudowy

Jaka zatem jest kondycja przestrzeni życia Polaków? Czy postępuje dewastacja kraju, czy też coraz lepiej wykorzystujemy jego potencjał? Kto i jak tworzy tę przestrzeń? Czy procedury rządzące tymi procesami są efektywne?

Przestrzeń życia Polaków to zarówno panorama miasta, jak i harmonijna zabudowa wiejska i rozłóg pól, to jakość ulicy, przy której mieszkamy, dostępność usług w sąsiedztwie i łatwy dojazd do centrum, to dyscyplina reklam. To jakość architektury, i tej wielkiej – budynków – i miejskiego detalu. Jakość miejsca pracy i mieszkania, wygoda transportu publicznego i warunki parkowania, dostępność i poziom urządzenia parków i terenów sportowych, obecność przestrzeni wspólnej, wreszcie – obywatelskie prawo wpływu na to, co się dzieje w otoczeniu naszego mieszkania.

Przekonanie, że przestrzeń – każda, a więc i prywatna – jest sprawą publiczną, ma poważne konsekwencje. Oznacza, że prawo zabudowy może przysługiwać właścicielowi nieruchomości tylko w takim zakresie, a przestrzeń może być urządzona tylko tak, aby uwzględnić wszystkie potrzeby wynikające z interesu publicznego. W gruncie rzeczy polska ustawa planistyczna zawiera takie zapisy. Problem w tym, że „interes publiczny" rozumiany jest zawężająco. Wskutek tego ukształtowało się przekonanie, że prawo zabudowy jest zwykłą pochodną prawa własności. A przecież wartość działki budowlanej zależy od tego, co dzieje się po sąsiedzku, a więc żadne działania właściciela nie są oderwane od interesu wspólnoty. Muszą być przez tę wspólnotę kontrolowane. (...)

Cały tekst: rp.pl


bg Image