crop-RLqPaJi922n3twk_180x130-0.png

- Dbałość o ludzi to obowiązek każdego polityka. Także prawicowy polityk powinien widzieć problemy ludzi, a nie pouczać ich, jak mają żyć, czy ich oceniać. Ludzie wiedzą, jak mają żyć. Nie chcą być oceniani, chcą być rozumiani. I tak widzę swoją misję - mówi premier Ewa Kopacz.

Renata Grochal, Jarosław Kurski: Panią Thatcher? Angelą Merkel? Kim będzie Ewa Kopacz?

Ewa Kopacz: Ewą Kopacz. Taką jak dotąd. Byłam samorządowcem, przewodniczącą sejmowej komisji zdrowia, ministrem, marszałkiem i zawsze pozostawałam sobą. Teraz też tak będzie. Dla ludzi byłam przede wszystkim lekarzem. Może dla polskiej polityki to również będzie dobre.

Chce pani uleczyć polską politykę?

- Żeby leczyć, trzeba najpierw postawić diagnozę. Myślę, że będę potrafiła zdiagnozować wszystkie niedostatki.

Donald Tusk usłyszał od pani: "Donaldzie, od dzisiaj ja tutaj rządzę". Czy to było konieczne?

- Tak, bo teraz to moja odpowiedzialność. To ja będę rozliczana z tego, co zaplanowałam i co będę realizować. Nie będę przerzucać odpowiedzialności za swoje decyzje na innych.

To był sygnał dla wszystkich czy tylko dla Tuska?

- Dla wszystkich. Nie boję się odpowiedzialności, ale chcę robić to, co uważam za słuszne. Przecież mam być premierem dla Polaków, a nie dla moich kolegów z PO czy ministrów. Jeśli więc mam dobrze służyć ludziom, to muszę odczytywać ich oczekiwania, ich potrzeby i znaleźć sposób, żeby rozwiązać ich problemy. Jeśli mam brać odpowiedzialność za decyzje, to muszą one być wyłącznie moje.

Ponoć Donald Tusk trzy godziny musiał panią namawiać, by została pani premierem. Skąd to wahanie?

- Byłam od trzech lat marszałkiem Sejmu. Lubiłam to miejsce i - jak sądzę - miałam pewne sukcesy. Np. dziś nie trzeba zmieniać regulaminu, żeby dotrzymywać umów dżentelmeńskich zawieranych na posiedzeniach Prezydium Sejmu i Konwentu Seniorów. Nie trzeba zmieniać regulaminu, by opozycja miała informację bieżącą. Dawniej tak nie było. Największe kluby opozycyjne były blokowane większością w sali plenarnej. Gdy rządził PiS, przez dziewięć miesięcy PO pozbawiona była informacji bieżącej. Ja to zmieniłam.

Obawiała się pani tej funkcji? Premier jest pod ciągłym ostrzałem, ciągle oceniany.

- Tego się nie boję. Chciałam dać Donaldowi Tuskowi okazję do namysłu, by wybrał osobę, która w jego odczuciu rzeczywiście najbardziej będzie pasowała do wizji Polski rysowanej przez przez niego przez te lata.

Jeszcze 14 lat temu była pani pediatrą w Szydłowcu i nie angażowała się w politykę. Dziś jest pani premierem. Są ludzie, którzy całe życie o tym marzą i nigdy premierem nie zostaną. Czy pani sama nie jest zaskoczona ścieżką swojej kariery?

- Nie sztuka być premierem. Chciałabym być premierem dobrze zapamiętanym. W polityce ambicje nie są niczym złym. To chore ambicje są nieszczęściem. 14 lat w polityce to i dużo, i mało. To 14 lat zbierania doświadczeń, obcowania z osobowościami, od których mogłam się wiele nauczyć.

W Platformie miałam takich nauczycieli, jak Tusk czy Komorowski. Wcześniej, gdy byłam w Unii Wolności, to byli ludzie wielkich idei, tacy jak Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek. Ci ludzie zostawili mi, jak sądzę, bagaż wartości, które nigdy się nie zdewaluują. Nawet jeśli będę poza polityką.

Pani słowa z sobotniej konwencji PO, że polityka to służba, to inspiracja Mazowieckim czy Tuskiem?

- To inspiracja moim zawodem. Lekarz nie zbuduje zaufania do siebie, jeśli nie wykaże, że ludzie mogą liczyć na jego dyskrecję i pomoc. Polityka to jest szczególna służba. Jeśli chce się być dobrym politykiem, trzeba umieć słuchać, mieć szacunek do tych, którzy do nas mówią. I trzeba odłożyć swoje sprawy na bok, bo sprawy tych, którzy przychodzą do nas z problemami, są najważniejsze.

"Zbyt emocjonalna", "histeryczna" - często się pani spotykała z seksizmem w polityce?

- Tak, z takimi opiniami - często. Kiedy byłam kandydatką na marszałka Sejmu, to w podobny sposób próbowano mnie dezawuować.

Nigdy na to nie odpowiadałam, ale w duchu mówiłam sobie: ja wam pokażę, jaka jestem naprawdę. Ci, którzy tak wątpili w to, jakim będę marszałkiem, nie mogli mi zarzucić, że nie znam regulaminu Sejmu i że nie szanuję opozycji. Widzieli, że na konwentach nie dzielę, tylko staram się łączyć. To było dalekie od tego, jak na początku próbowano mnie przedstawiać.

Czy kobieta musi być twardsza niż mężczyzna, żeby się przebić w polityce?

- Cenię to, co kobiety robią w życiu, bo one pracują dużo więcej niż mężczyźni. Nawet jeśli są superwykształcone, mają energię i zapał do pracy zawodowej, to muszą jeszcze przyjść do domu i zająć się dzieckiem, domem i utrzymać to wszystko w swoich rękach.

Ale jest ciągle takie myślenie, że jak się mężczyzna rozpłacze na filmie - to się wzruszył, a gdy płacze kobieta - to histeryczka...

- Coś w tym jest. Gdy matka bierze zwolnienie na dziecko, to pracodawca myśli, że jest mało obowiązkowa, a przecież praca powinna być dla niej najważniejsza. Ale kiedy ojciec bierze zwolnienie na dziecko, to słychać: jaki to wrażliwy, dobry ojciec.

Ale nie chcę stawiać muru między kobietami i mężczyznami, bo to nie płeć decyduje o tym, czy ktoś jest w życiu i w pracy solidny i przyzwoity czy nie. Najważniejsze, żeby umieć dawać ludziom coś z siebie, a nie tylko czekać na to, że będziemy czerpać od innych.

To co pani dała Jarosławowi Kaczyńskiemu, że po tylu latach podał rękę Tuskowi?

- Propozycję, że warto budować, że warto rozmawiać, a nie się kłócić, że warto mieć ciepłe uczucia wobec ludzi. Nawet jeśli jesteśmy przeciwnikami politycznymi, to powinniśmy dla siebie mieć coś, co jest bezcenne - szacunek.

Wielu próbowało godzić Kaczyńskiego z Tuskiem i zawsze skutek był odwrotny.

- Mogę to uznać za swój pierwszy sukces.

Ale na apel o "zdjęcie z Polski klątwy nienawiści" PiS odpowiada, że nie ma pani moralnego prawa być premierem, bo kłamała pani w sprawie Smoleńska.

- Pytam więc, jakie moralne prawo do wystawiania ocen mają ludzie, którym zabrakło odwagi, by tam pojechać? Którzy uciekali czym prędzej ze Smoleńska do Polski, by tu, już w Warszawie, politycznie grać tą katastrofą? I jeszcze dziś granie Smoleńskiem to uwłaczanie pamięci ofiar.

Naprawdę nie musiałam tam jechać. Pojechałam do Moskwy z ludzkiej solidarności, z potrzeby dzielenia z ludźmi ich tragedii, bo za chwilę będą rozpoznawać szczątki swoich bliskich. Ktoś, kto nigdy nie widział ofiar katastrofy lotniczej, nie wie, co ci ludzie musieli przeżywać i jak to przeżywali. Wtedy z nimi byłam i nie pozwolę robić mi z tego zarzutu.

Jak pani to przeżywała?

- To nie było łatwe. Opowiedziałam to raz w wywiadzie Teresy Torańskiej dla "Wyborczej". Wystarczy. To były długie, długie godziny każdego dnia. Rodziny rozpoznawały swoich bliskich, a ja tam z nimi byłam.

Czy dlatego znalazła pani w sobie tę siłę, że jest lekarzem?

- Było mi zdecydowanie łatwiej, bo nie był to dla mnie obcy widok. Wcześniej pracowałam jako biegły lekarz sądowy, jeździłam do wypadków samochodowych, kolejowych i widziałam ludzi w wielu dramatycznych sytuacjach. Ale to, co tam zobaczyłam, i tak mnie zdruzgotało. Dlatego mogę sobie wyobrazić, co przeżywali bliscy ofiar tej katastrofy.

Naprawdę pani myśli, że w Polsce jest możliwa polityka bez klątwy nienawiści?

- Zawsze wierzę w to, co mówię. Możemy ładnie się różnić. To trochę jak z małżeństwem, które się rozstaje. Można się rozejść w zgodzie i mieć szacunek dla siebie chociażby dlatego, że są dzieci i wspólnie przeżyte lata. Można też obarczać się winą i obrzucać wyzwiskami. To, co wybieramy, świadczy o naszej klasie.

Ale poseł Hofman i tak powie, że pani jest o dwa, trzy poziomy niżej niż Kaczyński.

- Znając Jarosława Kaczyńskiego, wiem, że nigdy by sobie na takie wypowiedzi nie pozwolił. Pan Hofman tym stwierdzeniem postawił pana prezesa w bardzo trudnej sytuacji. Jeszcze niedawno byłam marszałkiem Sejmu, czyli drugą osobą w państwie. Jeśli ja nie jestem partnerem dla Jarosława Kaczyńskiego, to co może powiedzieć np. hydraulik, sprzedawca? Dla nich rozmowa z panem prezesem jest nieosiągalna, ich dzielą lata świetlne!

Czy pan Hofman chciał powiedzieć, że prezes będzie rozmawiał tylko z wybrańcami? I że gdyby został premierem, to będzie premierem dla wybrańców? To źle rokuje Polsce. Bo Polska jest dla tych, którzy nie mają wykształcenia i może mówią niezbyt wyszukanym językiem, jak również dla tych, którzy mają tytuły naukowe. Bo to jedna Polska, dla wszystkich.

Najnowszy sondaż CBOS daje PO 6 pkt proc. przewagi nad PiS w wyborach do sejmików. Jaki pani obstawia wynik wyborów samorządowych?

- Obstawiam, że będę ciężko pracować.

Na sobotniej konwencji samorządowej mówiła pani, że Platforma oddaliła się od ludzi. Jak pani zmieni tę partię władzy?

- Chciałabym, żeby przez sześć tygodni, które zostały do wyborów, nasi kandydaci zeszli z plakatów i billboardów i poszli do ludzi, do wyborców. Zapukali do drzwi i patrząc ludziom w oczy, powiedzieli, dlaczego warto na nich głosować. Po to, by po czteroletniej kadencji, jeśli ich wybiorą, wrócić i powiedzieć: zrobiłem to, co obiecałem.

Oprócz tych wielkich ustaw Polacy potrzebują wsparcia czy pomocy. Ktoś będzie miał żal, że źle potraktowano go w urzędzie, ktoś inny, że nie dostał miejsca w żłobku czy przedszkolu, uważał, że polityka społeczna w jego mieście jest źle prowadzona. Słuchajmy ludzi i uczciwie im powiedzmy, że nie wszystko da się rozwiązać, ale jeśli będziemy się starać, ludzie to docenią.

Czy to prawda, że o nominacji dla Igora Ostachowicza do Orlenu dowiedziała się pani z mediów?

- Szybko zareagowałam w tej sprawie i pan Ostachowicz szybko złożył rezygnację. I to tyle, co mam do powiedzenia na ten temat.

Jak systemowo rozwiązać problem kolesiostwa w spółkach? Wróci pani do pomysłu komitetu nominacyjnego?

- Nie możemy zapominać o jednej rzeczy. Wysokość zarobków w spółkach musi być powiązana z odpowiedzialnością za to, co się w nich dzieje. Jeśli spółka ma sukcesy, to nie oburzajmy się na to, że ludzie w jej zarządzie dobrze zarabiają. Ale nie można dostawać premii i wysokiego wynagrodzenia niezależnie od tego, co się dzieje w firmie. Tylko dlatego, że to zostało zapisane w kontrakcie.

Upadające kopalnie wypłacają wielkie wynagrodzenia prezesom...

- I to wtedy, kiedy pracownicy nie dostają pensji. Dla mnie najważniejsze będzie właśnie powiązanie wysokości wynagrodzeń w spółkach z wynikami tych firm.

Czy spróbuje pani ukrócić obsadzanie spółek z partyjnego klucza?

- Poprosiłam ministra skarbu o szczegółowy przegląd wszystkich zarządów i zarobków w spółkach z udziałem skarbu państwa. Na tej podstawie będę podejmować decyzje.

Nie była pani zła, że Tusk zostawił pani tę minę w postaci Ostachowicza w Orlenie?

- Wtedy z jednej strony mieliśmy górników, którym od kilku miesięcy nie wypłacano pensji, a zarząd kopalni nie oszczędzał na swych apanażach, a z drugiej - nominację w Orlenie. To tylko podkreślało, jak bardzo nieetyczna była to decyzja.

Tusk mówił ostatnio, że czuje się socjaldemokratą. A Ewa Kopacz kim się czuje?

- Pamiętam, gdy PO jeszcze nie rządziła, Jan Rokita mówił, że jedynym socjalistą w Platformie jest Ewa Kopacz. To było trochę złośliwe, bo zawsze się biłam o ludzi. Mówiłam: panowie, wy planujecie, a tu jest sprawa do załatwienia, bo ludzie z miejscowości X mają z czymś problem i może byśmy się tym zajęli. Uważam, że dbałość o ludzi to obowiązek każdego polityka. Także prawicowy polityk powinien widzieć problemy ludzi, a nie pouczać ich, jak mają żyć, czy ich oceniać. Ludzie wiedzą, jak mają żyć. Nie chcą być oceniani, chcą być rozumiani. I tak widzę swoją misję. (...)

Cała rozmowa: wyborcza.pl


bg Image