crop-H2E790Hrj0pk63J_180x130-0.png

Dałbym Ewie Kopacz kredyt zaufania. Pracowałem z premierami, którzy wyciągnięci z kapelusza, szybko dorastali do swej roli - mówi w rozmowie z "Rzeczpospolitą" Janusz Lewandowski.

"Rz: Odebrał pan tytuł Człowieka Roku podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy w dość smutnych okolicznościach. Forum, które miało otwierać Polskę na Wschód, w tym roku odbyło się w cieniu wojny na Ukrainie. A przecież Krynica nie miała być bramą chaosu, tylko stabilizacji na Wschodzie.

Janusz Lewandowski, były komisarz UE ds. budżetu, wieloletni przyjaciel odchodzącego premiera: Te 24 doroczne spotkania w Krynicy to świadectwo zmiennych losów naszego regionu i całej Europy. Od geopolitycznej nadziei po rozczarowanie.

Pomysł znakomity – w miejscu łatwiej dostępnym z Ukrainy, Węgier, Słowacji, a nawet Białorusi, niż z Warszawy spotykać się raz do roku i rozszerzać obszar zachodnich standardów na kraje, które się wyłoniły z rozpadu ZSRR. Były lata, że nawet Rosja miała silną reprezentację w Krynicy, co wywoływało złudzenia, że weźmie udział, jak zapowiadał Gorbaczow, w budowie „wspólnego, europejskiego domu". Niestety, dziś 200 km od Krynicy trwa wojna, co wydawało się nie do pomyślenia w dzisiejszej Europie. Kiedyś niewyobrażalna była Europa bez granicy między Francją i Niemcami, między Niemcami i Polską, a przecież stała się rzeczywistością. I te dwa niewyobrażalne kiedyś światy – europejska wspólnota i europejska wojna – spotykają się na naszej wschodniej granicy. To rzutowało na klimat tegorocznego forum.

Pracował pan na Ukrainie jako doradca w latach 90. Dlaczego przemiany w Europie Środkowej generalnie przyniosły efekt, a na Wschodzie – nie?

Ukraina zmarnowała całe ćwierćwiecze. Byłem ministrem w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego, który w roku 1991 zaryzykował jako pierwszy kraj w świecie uznanie niepodległości Ukrainy. Później byłem doradcą w Kijowie. Słuchano nas uprzejmie, robił to także ówczesny prezydent Kuczma, ale rządzenie dyktowały oligarchiczne grupy interesów.

Jako świadek zmarnowanego czasu dziś po raz pierwszy widzę rząd, który ma żelazną wolę naprawy państwa i gospodarki – bo tak oceniam Arsenija Jaceniuka – ale zajęty jest wojną.

Spotkania w Krynicy to także różne losy krajów, które wykorzystały czas przyjaznej geopolityki, dobrze zagospodarowały wolność oraz takich, które utknęły w innej epoce. Dziś pogrążoną w wojnie Ukrainę i Polskę, której premier został szefem Rady UE, dzieli przepaść.

Pan jest zadowolony z tego nowego rozdania personalnego na szczytach Unii?

Niezależnie od politycznych sporów w kraju, faktem jest, że Polacy – a szczególnie przedstawiciele Platformy – złamali monopol Zachodu na najważniejsze stanowiska w UE. Najpierw Jerzy Buzek jako szef Parlamentu Europejskiego, a teraz Donald Tusk jako szef Rady UE 
– to strzały w dziesiątkę. W Parlamencie Europejskim są trzy komisje kierowane przez Polaków – rolnictwa, konstytucyjna oraz przemysłu, badań i energii. 
Do tego podkomisja bezpieczeństwa i obrony.

Komisja Europejska, czyli ostatni etap unijnej układanki, wchodzi w eksperyment. Mając w składzie urodzaj byłych premierów i wicepremierów, szef Komisji Jean-Claude Juncker zdecydował się wprowadzić stanowiska wiceszefów bez teki – mają oni koordynować działania komisarzy branżowych. Dobrze, że Elżbieta Bieńkowska nie jest wiceszefem Komisji bez teki, czyli bez własnej administracji. Będzie na nią pracować kilkuset ludzi, kompetentnych w sprawach rynku wewnętrznego i przemysłu. Ma narzędzia i pozycję przetargową.

To ważna teka z punktu widzenia Polski? W ostatnich latach mieliśmy do czynienia raczej z komisarzami od rozwoju regionalnego, czyli wykorzystania środków UE, oraz polityki konkurencji. Badali oni, czy rząd nielegalnie dotuje podupadające firmy.

Europejska rozgrywka idzie nam nieźle i jest w tym logika. W pierwszych latach członkostwa kluczowe było opanowanie reguł unijnej pomocy rozwojowej – wówczas komisarzem ds. polityki regionalnej została Danuta Hübner. Potem wyzwaniem było korzystne ułożenie budżetu UE do roku 2020 i ja zostałem komisarzem budżetowym. Dziś ważne jest pilnowanie spójności i przejrzystości wspólnego rynku – i tę tekę obejmie Bieńkowska.

Będzie strażnikiem jednolitości rynku, który może się rozjeżdżać na strefę euro i resztę krajów. Ma przełamywać bariery protekcyjne utrudniające wejście na rynek tańszym dostawcom usług i towarów. Odpowiedzialność za przemysł to z kolei szansa równoważenia wygórowanych ambicji klimatycznych UE przez interesy gospodarcze. Pani komisarz będzie także koordynować pomoc dla małych i średnich firm w ramach nowego programu COSME – to także szansa dla naszych firm.

Ale Bieńkowska odchodzi 
z kluczowego stanowiska – koordynowała wydawanie unijnych pieniędzy. Wie pan dobrze jako twórca budżetu UE na lata 2014–2020, że to ostatnie tak szczodre dla Polski rozdanie. Zmiana nie zaszkodzi sprawności prowadzenia inwestycji za unijne środki?

Główna praca już została dokonana, a Bruksela ufa, że Polska nie marnuje unijnych pieniędzy. Zresztą ostatnio ciężar uzgodnień spadł na wiceministrów, bo Bieńkowska obsadzona została w niewdzięcznej roli ministra infrastruktury. Najwyraźniej źle się z tym czuła.

Podoba się panu kandydatura Ewy Kopacz na premiera?

Dla PO nadszedł czas wielkiej próby, swoista polityczna matura dla dorosłych. Nie zabrzmi to zbyt demokratycznie, ale w rozpoczynającym się sezonie wyborczym nie ma lepszej recepty, niż kierowanie się wskazaniami Tuska. W innym wypadku PO zajmie się sama sobą, a nie wyborcami i rządzeniem. Widać zaś, że opozycja bardziej liczy na gole samobójcze PO niż na siłę własnego ataku. Ja mam doświadczenie 
w pracy z premierami, którzy wyciągnięci z kapelusza, szybko dorastali do swej roli: Janem Krzysztofem Bieleckim oraz Hanną Suchocką. Przecież Suchocka, obejmując urząd premiera, miała mniej doświadczenia niż Kopacz. Dałbym pani marszałek kredyt zaufania. Powtarzam: PO zajęta walkami frakcyjnymi to znakomita pożywka dla mediów, ale dla partii to równia pochyła. (...)"

Cała rozmowa: "Rzeczpospolita" Nr 214 (9941), str A6.


bg Image