crop-i2VSh9cRt8cU6i7_180x130-0.png

Europa potrzebuje konsolidacji, wizji, jedności, wyrazistości i stanowczości działań politycznych - mówi Jerzy Buzek, europoseł, były Przewodniczący Parlamentu Europejskiego.

Do tej pory to Pan chodził w glorii Polaka pełniącego najważniejsze funkcje w europejskiej polityce. Teraz tę rolę przejmie Donald Tusk. Nie żal Panu utraty tego nimbu, który Pana otaczał?

Ale przecież właśnie o to chodzi! To wyraz naszego sukcesu. Po to pracujemy wszyscy wspólnie od 25 lat, aby rosły pozycja i rola Polski. Byłem dumny, że jako Polak przewodniczyłem Parlamentowi Europejskiemu. Teraz jestem dumny, że Donald Tusk będzie przewodniczył Radzie Europejskiej.

Obejmował Pan urząd przewodniczącego europarlamentu, mając pięcioletnie doświadczenie jako europoseł, a wcześniej jako premier. Na ile te doświadczenia okazały się przydatne w kierowaniu pracami PE? Co Pana zaskoczyło w nowej funkcji?

Ważne było doświadczenie z okresu, gdy byłem premierem. Poznałem wiele ważnych osób w Europie, co ułatwiło mi pracę na stanowisku przewodniczącego PE. Poznałem też samą Europę, by tak rzec, od kuchni. Nie do przecenienia okazało się również moje doświadczenie jako europosła. Poznałem strukturę i sposób działania Parlamentu Europejskiego - znacznie bardziej złożone niż na przykład naszego Sejmu. To niezwykle przydatna wiedza. Przewodniczenie tej instytucji było złożonym zadaniem. A na to jeszcze nakładały się obowiązki związane z reprezentowaniem Europy na zewnątrz, a także spotkania z przywódcami europejskimi czy z Komisją i Radą.

Donald Tusk nie ma tych wszystkich doświadczeń.

Ale otrzymał szkołę na stanowisku premiera RP. To też niezła porcja doświadczeń, wiedzy, umiejętności. Ma także polityczny instynkt, zimną krew i dobrą orientację w europejskim labiryncie. Da sobie radę.

W żaden sposób nie chcę podważać przygotowania ani Pana, ani Donalda Tuska. Ale na pewno coś Pana zaskoczyło po objęciu nowej funkcji. Co najbardziej?

Najpierw to, że jako przewodniczący Parlamentu Europejskiego miałem jeszcze więcej zajęć niż jako premier. Ale najbardziej zaskakujące były napięcia między europejskimi instytucjami - Parlamentem, Komisją i Radą. Nie widać tego tak bardzo z zewnątrz. Porozumienie SWIFT między Unią a Stanami Zjednoczonymi - dotyczące przekazywania sobie nawzajem danych bankowych konkretnych osób, a wynegocjowane i zatwierdzone przez wszystkie europejskie rządy - Parlament Europejski po prostu odrzucił. Naruszało ono, naszym zdaniem, podstawowe prawa europejskich obywateli. Hillary Clinton telefonowała do mnie w tej sprawie, wynegocjowaliśmy nowe porozumienie i gdy amerykańska sekretarz stanu zjawiła się potem w PE, przyznała, że jest ono lepsze niż poprzednie. Takich napięć, które trzeba było wyjaśniać i w których trzeba było negocjować właściwe rozwiązania, było sporo. I to wszystko wymagało gigantycznego nakładu czasu i energii.

Jak bardzo? Czuł Pan, że nie daje rady?

Nie, nie miałem kryzysu związanego ze sprawowaniem funkcji. Chodziło raczej o czas, którego na nic nie starcza: zbyt wiele spraw, wizyt, ludzi, decyzji…

Jak Pan się z tym uporał?

Trzeba otoczyć się właściwymi ludźmi - takimi, którzy potrafią pomóc, wiele spraw przygotować i zorganizować. Odpowiedni współpracownicy to więcej niż połowa sukcesu w realizacji zadań, w planowaniu spotkań czy w podejmowaniu decyzji. Dobra organizacja to fundament pracy każdego polityka na każdym szczeblu - od samorządowca po premiera.

Po objęciu fotela przewodniczącego europarlamentu musiał Pan zmienić sposób myślenia. Wcześniej na rzeczywistość patrzył Pan przez pryzmat spraw związanych z Polską, stając na czele PE, musiał Pan natomiast zacząć myśleć w kategoriach europejskich, bez wyróżniania żadnego z państw. Ten sam problem będzie miał po 1 grudnia Donald Tusk. Trudno się przestawić?

Polityk zawsze reprezentuje swój kraj, jest przywiązany do warunków i sposobu działania, jakie w nim obowiązują. Ale gdy otrzymuje się możliwość sprawowania takiego urzędu, trzeba się natychmiast przestawić. Jesteśmy wszak nie tylko Polakami, jesteśmy Europejczykami, a nawet więcej -jesteśmy obywatelami świata.

Dlaczego to takie ważne?

Podam panu przykład. W interesie bezpieczeństwa i stabilności Polski leżało uruchomienie EURONEST, czyli Zgromadzenia Parlamentarnego Unii i sześciu krajów Partnerstwa Wschodniego. Miałem z tym poważne trudności, także wewnątrz UE. Dlatego w sposób niemal ostentacyjny odwiedzałem - w imieniu Unii Europejskiej - Egipt, Libię i Tunezję w czasie, gdy obywatele tych państw walczyli o wolność i niezależność. Byłem też w Izraelu i Autonomii Palestyńskiej, a potem kolejno w krajach Bałkanów Zachodnich aspirujących do członkostwa w Unii. Pokazałem, że ja, Polak, przedstawiciel Europy Środkowej, jestem - jako Europejczyk -zainteresowany problemami państw sąsiedzkich, choć leżących daleko od Polski. To skutkowało pełnym poparciem w Parlamencie Europejskim i dało mi możliwość nadzwyczaj intensywnego działania na rzecz EURONEST i Partnerstwa Wschodniego bez narażania się na zarzuty, że prowadzę działania wyłącznie propolskie. To wszystko były działania proeuropejskie! I udało się - ostatecznie EURONEST ruszył. Tak więc fakt objęcia ważnego stanowiska w Unii nie oznacza, że traci się narodowość. W takich sytuacjach jest się i Polakiem, i Europejczykiem.

Został Pan przewodniczącym europarlamentu niemal w tym samym momencie, w którym Herman Van Rompuy objął funkcję przewodniczącego Rady Europejskiej. Tyle, że jego stanowisko początkowo było pomyślane jako funkcja prezydenta Europy. Czemu Van Rompuy został przewodniczącym, a nie prezydentem?

Bo tak jego stanowisko określa traktat lizboński. Jego zadaniem jest przygotowanie obrad przywódców krajów unijnych i przewodniczenie im. Opracowuje także wnioski z każdego z takich szczytów, co wymaga negocjacji z jego uczestnikami. Ale tutaj ważna uwaga: przewodniczący prowadzi rozmowy, jednak decyzje należą do przywódców krajów europejskich. Przewodniczący Rady ma duży wpływ na przebieg negocjacji, nie przesądza jednak o ich końcowym wyniku.

Z drugiej strony, po raz pierwszy o tej funkcji wspominano w projekcie eurokonstytucji, który upadł - według niej miał to być autentyczny prezydent Europy. Spekulowano nawet, że w ty m fotelu mógłby zasiąść Tony Blair. Skończyło się na Van Rompuyu. Czy ta funkcja, według Pana, na zawsze pozostanie służebną wobec innych, potrzebną tylko ze względów organizacyjnych? A może polityk z większą charyzmą jest w stanie zaproponować nową jakość?

Nowa jakość jest bardzo potrzebna. Europa potrzebuje konsolidacji, wizji, jedności, wyrazistości i stanowczości działań politycznych. Życzę premierowi Tuskowi, by mu się udało takie przywództwo. Ale też nie należy sądzić, że będzie to łatwe. Między traktatem lizbońskim a eurokonstytucją, w której po raz pierwszy pojawiło się to stanowisko, jest wiele różnic. Przywódcy krajów europejskich obawiali się bowiem stworzenia stanowiska silnego, dominującego prezydenta. Dlatego jego uprawnienia zostały okrojone. (...)

Źródło: Polska The Times, NR 71 (1 329), str. 20-21.
Foto: PAP


bg Image