crop-7Jj6ItJRaay3Pnj_180x130-0.png

Nie wykluczam wcześniejszych wyborów. Ale to ma sens tylko wtedy, jeżeli PO stanie o własnych siłach i będzie miała amunicję wyborczą - mówi Janusz Lewandowski, do niedawna komisarz UE ds. budżetu.

Renata Grochal: Jak pan ocenia decyzję o awansie Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej?

Janusz Lewandowski: Wszystko zmierzało do tej nominacji, ale - jak to w Unii Europejskiej bywa - z kilkoma przystankami. Frakcja socjalistyczna chciała się jeszcze upewnić, co do swojej kandydatury na szefową dyplomacji. Ale nic mnie nie zaskoczyło, bo tak wyglądają negocjacje w Unii. To jest rozstrzygnięcie olbrzymiej wagi, bo to rozdanie na pięć lat. Unia się ułożyła na pięć lat i to w sytuacji, kiedy jest w kiepskim stanie, zarówno z przyczyn wewnętrznych, jak i zewnętrznych.

Kiedy Tusk podjął decyzję?

Tusk robił przygotowania przed przyjazdem do Brukseli, a więc decyzja zapadła jeszcze w Warszawie. Widząc jego wizytę w pałacu prezydenckim, rozmowę z Ewą Kopacz czy Tomaszem Siemoniakiem, łatwo było zgadnąć, że decyzja została podjęta.

Jakie wyzwania stoją przed Tuskiem?

Unia Europejska szukała człowieka na niepogodę, takiego, który przeprowadził swój kraj przez kryzys, bo rzeczywiście napięcia w UE są dziś wewnętrzne i zewnętrzne. Unia wychodzi z kryzysu z poróżnionymi krajami - północ kontra południe, a także niedokończoną przebudową strefy euro.

Na zewnątrz geopolityka przestała być przyjazna dla kontynentu europejskiego. Tak jak dzisiaj to było widoczne w czasie konferencji prasowej - my mamy wrażliwość ukraińską, natomiast dla kilku innych krajów największym zagrożeniem jest budowa państwa islamskiego, potencjalnej wylęgarni terroryzmu na bliskim Wschodzie.

Mówi się, że Tusk ma być przeciwwagą dla - uważanej za prorosyjską - Federiki Mogherini.

Chyba nie szukano przeciwwagi. Tusk nie ma opinii zapiekłego rusofoba. Europa pamiętała, że w pewnym momencie szukał szansy na demokratyzację Rosji i wspólną pamięć historyczną. Dowodem była wspólna wizyta Tuska i Putina na Westerplatte, czyli przypominanie Rosjanom, że ich wojna ojczyźniana ma zły kalendarz, że ten prawdziwy kalendarz to jest 1 września i później 17 września, czyli najazd na Polskę. Ale to się zakończyło fiaskiem. Fakt, że Tusk jest tak wyrazistym sygnałem dla Moskwy, wcale nie ułatwiało jego nominacji.

Bo to jest dobitny sygnał dla Moskwy, że wspólny głos europejski będzie bliższy wrażliwości krajów sąsiadujących z Rosją. Wzrośnie kompetencja wschodnia, nie porzucając wrażliwości, którą mają Hiszpanie, Włosi czy Grecy na coraz większy zamęt po drugiej stronie Morza Śródziemnego i zagrożenie, które wyraźnie absorbuje Paryż, a także kilka innych stolic, czego dowodem jest gotowość zasilania Kurdów i przeciwdziałanie wylęganiu terroryzmu w bezpośrednim sąsiedztwie Europy.

Źródło: wyborcza.pl


bg Image