crop-89TarrN6H14Hsrp_180x130-0.png

Nie miałam żadnych wątpliwości, że rynek wydawniczy wymaga zmian. Nie podobał mi się ciągły wzrost cen i wszystkie te sztuczki, które powodowały, że podręczniki stawały się de facto jednoroczne - mówi minister edukacji narodowej Joanna Kluzik-Rostkowska.

"Rewolucją z podręcznikami bardzo sprawnie zepchnęła pani na drugi plan debatę o 6-latkach.

Nie wprowadzałam reformy z podręcznikami po to, by odwrócić uwagę od obniżenia wieku szkolnego. Uważałam, że czas z tym zrobić porządek.

Wypowiedziała pani wojnę wydawcom. Wygrała ją pani?

Nie rozpoczynałam żadnej wojny.

Ale i tak pani ją rozpętała. Rynek wydawniczy mocno walczy z pomysłem darmowego podręcznika.

Nie miałam żadnych wątpliwości, że ten rynek wymaga zmian. Nie podobał mi się ciągły wzrost cen, a poza tym wszystkie te sztuczki, które powodowały, że podręczniki stawały się de facto jednoroczne: coś trzeba było wyciąć, wpisać, wkleić. Wydawcy zmieniali kolejność rozdziałów. Jedynym sposobem szybkiej zmiany było przygotowanie własnego podręcznika. I to się udało. W tym roku w kieszeniach rodziców pierwszoklasistów zostanie ponad 120 mln zł.

Tak, ale tylko tych z pierwszych klas. Reszta zapłaci więcej, bo wzrosły ceny.

Darmowe podręczniki będziemy wprowadzać sukcesywnie co roku. Docelowo w 2017 r. podręczniki dla szkół podstawowych i gimnazjów będą bezpłatne. Włączając się do tego systemu, ścinamy rynek podręczników z ponad miliarda zł do 300 mln zł. Ale proszę pamiętać, że na kolejnych etapach edukacji do końca gimnazjum zostawiamy nadal wolny rynek. Choć definiujemy maksymalną kwotę, jaką można na podręczniki wydać.

Jak zamierza pani walczyć z zapędami nauczycieli, którzy będą namawiali rodziców do kupowania dodatkowych podręczników obok tego darmowego?

Nauczyciele muszą mieć świadomość, że jeśli do tego namawiają, to łamią przepisy oświatowe. Gdyby takie sytuacje miały miejsce, proszę o informację do MEN. Pilnować tego będą także organy prowadzące, czyli najczęściej samorządy.

Kłopotem są też spory wokół liczebności klas. MEN obiecał rodzicom sześciolatków, że klasy I-III nie będą liczniejsze niż 25 uczniów. A teraz wprowadza pani zasadę, że ta liczba może się zwiększyć do 27 uczniów. Czy to właściwe rozwiązanie?

Proszę sobie wyobrazić, że w październiku przychodzi do drugiej klasy nowe, 26. dziecko. Dzisiejsze rygory nakazują w takiej sytuacji podzielić istniejącą klasę na dwie. To wielka trauma dla każdego dziecka. Uważam, że powinna istnieć możliwość dołączenia nowego ucznia do istniejącej klasy i poczekania ze zmianą na kolejny etap nauczania.

A co będzie dalej z sześciolatkami? Przetoczy się fala dwóch roczników, które w jednym momencie będą zdawać do gimnazjów czy wchodzić na rynek pracy. Czy są jakieś prace, które to przygotują?

Już lada moment liczba maturzystów będzie równa liczbie miejsc na publicznych uczelniach. Więc jeżeli się zastanawiamy, czy będzie trudno pójść na studia, to stoimy raczej przed odwrotnym problemem.

Ale to się zmieni w momencie, kiedy maturę zdawać będzie rocznik 2008 czy 2009.

Nie uważam, żeby był to problem. Na rynek pracy wejdą najwcześniej za 12 lat, czyli w roku 2026. Ten rynek będzie zupełnie inny. Dzisiaj pytanie raczej jest inne: jak sobie ma poradzić szkoła pod kątem kadrowym. Ale dla niej jest to błogosławieństwo.

Jak to? Szkoła będzie musiała zatrudnić na chwilę nauczycieli, a potem ich zwolnić.

Raczej nie zwolni tych, którzy obecnie pracują. Kiedy się spojrzy na dane, widać, że z jednej strony liczba uczniów spada, liczba nauczycieli jest stała, a suma wydatków rośnie gwałtownie. Więc to, że uczniów będzie więcej, powinno nauczycieli zadowolić – część z nich w ten sposób zachowa dłużej swoje stanowiska pracy. Z punktu widzenia niżu to jest coś, co powinno cieszyć nauczycieli. I powinno cieszyć też szkolnictwo zawodowe i wyższe uczelnie.

Ale niekoniecznie dzieci i rodziców. Tym z podwójnego rocznika będzie trudniej dostać się do dobrego liceum czy gimnazjum, bo będą mieli większą konkurencję niż ich koledzy o dwa lata młodsi.

Może na etapie gimnazjum czy liceum będzie większa konkurencja. Ale już na uczelniach czy na rynku pracy nie będzie tego problemu. Na rynku pracy nie konkurują ze sobą roczniki, tylko ludzie w różnym wieku.

Problem będzie też z rocznikiem 1995. Fatalnie wypadł na maturach, miał też gorsze wyniki w gimnazjum. Wiadomo dlaczego?

Sprawdzamy to. To był ostatni rocznik, który szedł jeszcze według starej podstawy programowej. Może część uczniów pomimo słabych wyników nie powtarzała klas, bo nauczyciele nie chcieli ich narażać na pracę w innym trybie, czyli zgodnie z nową podstawą programową. Chciałam jednak wyraźnie zaznaczyć, że minister edukacji nie jest winien temu, że ktoś nie zdał matury. Matura, która pełni również funkcję egzaminu wstępnego na uczelnię, musi mieć swoją wagę. Żeby studiować, trzeba mieć pakiet wiedzy, który takie studia umożliwi. Czy ktoś kiedykolwiek miał pretensje do rektora szkoły wyższej, że nie przyjął wszystkich ubiegających się kandydatów? Żeby zacząć kolejny etap nauki, trzeba zaliczyć wcześniejsze. (...)"

Cała rozmowa: "Dziennik Gazeta Prawna" Nr 164 (3805) str. B7


bg Image