crop-9LpAFBRRxl7d7h8_180x130-0.png

Najważniejsze, byśmy sobie wszyscy uświadomili, że różnica w płacach między mężczyznami i kobietami to nie jest coś tak oczywistego jak to, że czasem musi padać deszcz - mówi prof. Małgorzata Fuszara nowa pełnomocniczka rządu ds. równego traktowania.

AGNIESZKA KUBLIK: Czy premier postawił pani jakieś warunki? A może pani postawiła?

PROF. MAŁGORZATA FUSZARA: Nie, żadnych warunków nie było. Pytałam tylko premiera o dwie konkretne sprawy - ustawę kwotową, która miała być przegłosowana, a nie była, i konwencję antyprzemocową, która miała być ratyfikowana. Premier mnie zapewniał, że obie są załatwione na poziomie rządowym, teraz to jest sprawa parlamentu i że nie przewiduje tu żadnych komplikacji, podobnie zresztą zapewniał Kongres Kobiet. A ja będę pilnować, żeby w parlamencie nie utknęły.

A może trzeba iść na całość i zapisać w ordynacji wyborczej parytet na listach, czyli 50 proc. dla kobiet?

- Docelowo tak, i naprzemienność na całej liście, a przynajmniej na pierwszych dziesięciu miejscach. Poszczególne kraje mają różne doświadczenia, ale tylko nieliczne dochodziły do parytetów, wprowadzając akt prawny od razu przewidujący i parytet, i naprzemienność na listach. Najczęściej - tak jak w Polsce - najpierw wprowadzano kwoty, a następnie dalsze rozwiązania prowadzące do zrównania szans obu płci. W Polsce nie robimy nagłej rewolucji. Rewolucji na listach bardzo obawiają się ci, którzy będą musieli liczyć się z większą konkurencją kobiet. Wobec ich oporu - a oni mają przecież teraz wpływ na legislację - lepiej posuwać się krok po kroku.

Kroczek już został postawiony - od 2011 r. w wyborach parlamentarnych obowiązuje kwota 35 proc. Nie zadziałała. Co prawda w wyborach startuje więcej pań, ale wcale więcej nie wygrywa, przeciwnie - przybywa przegranych kandydatek. Trzy lata temu w wyborach zdobyły 24 proc. mandatów w Sejmie, to ledwie kilka procent więcej niż bez kwoty.

- Postęp jest niewielki, ale pamiętajmy, że jest to rekord - tak wielu kobiet w polskim Sejmie nigdy wcześniej nie było. Ale postęp jest niezadowalający, więc najwyższy czas na drugi kroczek, 50 proc. i naprzemienność, i to w takim terminie, by parytet na listach wyborczych obowiązywał przed przyszłorocznymi wyborami.

To nie przejdzie w tym Sejmie.

- Jestem optymistką. PO ma wewnętrzną kwotę ostrzejszą niż zapisana w ustawie i wyniki wyborów pokazały, że jest to droga skuteczna - kobiety wśród wybranych do Sejmu z list PO stanowią 35 proc. Mam nadzieję, że projekt poprze koalicjant, a także lewica. Gdyby lewica takiej ustawy nie poparła, bardzo naraziłaby się swojemu elektoratowi. W ostatnich wyborach elektorat tych partii głosował na kobiety, ale na skutek złych pozycji na listach niewiele z nich weszło do parlamentu. Głosowanie przeciw parytetowi to byłby zbyt wyraźny znak, że są nieprzyjaźni wobec zasad równości płci, którą popiera ich elektorat. To nie mogłoby przejść bez strat dla tych partii.

Jaki procent w Sejmie w wyborach w 2015 r. panią usatysfakcjonuje?

- 40 proc., bo 50 proc. trudno jest osiągnąć. Tzw. masę krytyczną, ustaloną przez ONZ na 30 proc., w 1997 r. w parlamencie osiągnęło pięć krajów na świecie, na początku XXI wieku - dziesięć krajów, a w 2012 już 33. I podobnie powinno być w rządzie, co najmniej 40 proc. tek dla kobiet. Zresztą coraz więcej rządów idzie w tym kierunku. Pod tym względem świat nam ucieka. On pędzi, my tylko robimy małe kroczki.

Uświadomiła to pani premierowi?

- Premier zdaje sobie z tego sprawę i do równości nie trzeba go już przekonywać. Wie, że dziś zrównoważony udział kobiet i mężczyzn we władzach najwyższego szczebla jest oczywistością, i twierdzi, że na zwalniane stanowiska szuka w pierwszym kroku kompetentnych kobiet. Ostatnie mianowania, np. na stanowisko ministra kultury i dziedzictwa narodowego, to potwierdzają.

A co z biznesem? Komisja Europejska proponowała dobrowolne kwoty - 40 proc. dla kobiet w zarządach i radach nadzorczych. Nie wyszło. Pani jest za wprowadzeniem u nas kwot w biznesie, w spółkach skarbu państwa i w spółkach giełdowych?

- Tak, to niezwykle ważna sprawa. Niedawno byłam w Norwegii na konferencji poświęconej strategiom postępowania w firmach, w których obowiązują kwoty. U nas w debacie na ten temat pojawia się zupełne nieporozumienie - przeciwnicy takich rozwiązań twierdzą, że kwoty oznaczają, iż kobiety będą awansowane na siłę, bez względu na kwalifikacje, tylko po to, by wypełnić kwotę. No i w rezultacie firmy będą miały gorszy wynik. Otóż w firmach norweskich wypracowano strategie awansu dla osób, które mają wejść do zarządu. Wcześniej takie ścieżki awansu przygotowywano tylko dla mężczyzn, po wprowadzeniu kwot - także dla kobiet. Więc gdy u nas będzie obowiązywała kwota, władze firmy będą zmuszone zacząć myśleć równościowo i szkolić do zarządzania osoby obu płci. Badania pokazują, że różnorodność we władzach sprzyja lepszemu zarządzaniu, a w efekcie wyższym zyskom. A przecież na tym zależy także mężczyznom, prawda?

Równowaga musi być zresztą we władzach na każdym szczeblu. Nie tylko tam, gdzie zapadają najważniejsze decyzje, w parlamencie, w rządzie, w zarządach, ale także na poziomie ekspertów, rad doradczych, bo współcześnie władza jest coraz bardziej rozproszona. Wszędzie, gdzie jest sprawowana, trzeba zadbać o zrównoważony udział kobiet i mężczyzn. To jedno z moich ważniejszych zadań na najbliższy rok. (...)

Cała rozmowa: wyborcza.pl
foto: pap


bg Image