crop-4rLg41iIcX8O0W3_180x130-0.png

Jako politycy jesteśmy zwierzyną łowną i publikowanie naszych rozmów sprawia wielu osobom nie lada satysfakcję. Ale przecież to, co dziś dotyka polityków, jutro może dotknąć każdego z nas - mówi minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski.

"NEWSWEEK: Jest panu wstyd?

RADOSŁAW SIKORSKI: Wszystko, co mówiłem, było przeznaczone dla Jacka Rostowskiego, a nie dla całej Polski, i jego nie raniło. Przeprosić powinni ci, którzy najpierw przestępczo podsłuchali, a potem przestępczo udostępnili nagranie naszej rozmowy.

Na wstyd przestępców nie liczymy, pytamy o wstyd szefa dyplomacji.

- To jest chyba jedyne przestępstwo, które wyzwala więcej agresji wobec poszkodowanego niż wobec sprawcy.

A wracając do pytania?

- Mamy tsunami hipokryzji ze strony ludzi, którym przy kielichu też zdarzyło się użyć mocniejszych sformułowań. Nie życzę tym arbitrom stylu, aby nagrano ich w sytuacjach intymnych lub choćby podczas narady w redakcji.

I nic więcej?

- Publikacja byłaby usprawiedliwiona, gdybyśmy łamali prawo. Ale tygodnik wyłowił tendencyjnie z dwugodzinnej rozmowy wszystko to, co wydawało się najgorsze. A mimo to nie ma tam ani złamania prawa, ani żadnych podejrzanych spraw. Jest trochę mocnego języka oraz intensywna dyskusja o polskiej polityce zagranicznej i miejscu naszego kraju w świecie. Gdyby ujawniono całe nagranie, to okazałoby się, że była to ważna i potrzebna rozmowa. Nie może być tak, żeby politycy nie mogli ze sobą szczerze porozmawiać w nieformalnych okolicznościach.

Nie rozumie pan tego społecznego zapotrzebowania na podglądactwo? I tego być może podszytego hipokryzją myślenia, że owszem, my też przeklinamy, ale od oksfordczyka oczekujemy ciut wyższych standardów. Czy to nieuprawnione oczekiwanie?

- A od marszałka Sejmu powinniśmy wymagać, aby nie załatwiał się w ogrodzie?! Czuję się tak, jak zapewne czuł się Ludwik Dorn, gdy tabloid pokazał, jak siusia we własnym ogrodzie. Nic złego, ale zgrzyt estetyczny jest. Wywołany nie samym czynem, lecz faktem publikacji. Podglądacze, podsłuchiwacze i ich słupy ogłoszeniowe żerują na tym, że wszyscy jesteśmy swobodniejsi na osobności. Nie jest wielkim odkryciem, że politycy przy mniej formalnych rozmowach - w tym wypadku z osobą, którą się zna od 30 lat - mogą dawać ujście stresowi, w jakim pracują. Jeden z niedawnych sondaży pokazał, że tylko 8 proc. badanych raził używany w rozmowie język.

Jest pan dzisiaj silniejszym czy słabszym ministrem niż miesiąc temu?

- Jeżeli stawiacie tezę, że "Wprost" zależało na osłabieniu polskiego rządu, to tygodnik osiągnął swój cel.

Ale czy jest pan w swoim poczuciu silniejszy czy słabszy? W Polsce i za granicą?

- Odebrałem mnóstwo wyrazów solidarności od politycznych kolegów z całej Europy. Wszyscy oni wiedzą, że coś takiego może przydarzyć się każdemu. Jest przecież wyraźny powód, dla którego jako społeczeństwo obłożyliśmy podstępne podsłuchiwanie infamią i sankcjami karnymi. Powiem jako były dziennikarz: tego typu rozmowy, głośne myślenie, testowanie pewnych poglądów z osobą, z którą się rozmawia, to jak pisanie pierwszej wersji artykułu. Nie chciałbym, żeby publikowano moje szkice. Na światło dziennie wychodzi to, co uznajemy, że jest tego warte. A niektóre zbyt ostre sformułowania wycinamy.

Mówił pan o solidarności ze strony kolegów z Europy. W Polsce było podobnie?

- Było wiele oznak sympatii. Przez dwa dni w MSZ dzwoniły telefony ze słowami otuchy od obywateli, co mnie mile zaskoczyło. Ludzie zaczepiają mnie na ulicy i mówią: "Panie Radku, dobrze pan powiedział! Niech się pan nie przejmuje!".

To były jedyne zaczepki na ulicach?

- Złej jeszcze nie miałem.

A gdyby do tego przyłożyć poważniejszy zarzut, stawiany choćby przez Leszka Millera i Ruch Palikota: zgadzamy się z Sikorskim w niektórych ocenach, ale przecież w prywatnej rozmowie minister zdradza, że prowadzi politykę niezgodną ze swymi poglądami.

- Nieprawda. W sejmowym exposé z 2011 r. mówiłem, że nie w każdych warunkach możemy liczyć na amerykańską pomoc. Ministrowi spraw zagranicznych wolnej Polski nie wolno popełnić błędu ministra Józefa Becka, który zawierzył gwarancjom ówczesnego supermocarstwa i wpakował nas w katastrofę.

Chodzi o to, czy nie jest pan niedowiarkiem prywatnie, a publicznie mówi pan co innego...

- Jeżeli stawiacie tezę, że w dyplomacji powinno się zawsze i wszędzie mówić to, w co się wierzy, to trzeba by zlikwidować ten zawód. Przypominam jedną z definicji dyplomaty: to dobry człowiek, którego wysyłamy za granicę, by kłamał w interesie naszego kraju. (...)"

Cała rozmowa: Newsweek, Nr 29/2014 str. 12 - 15


bg Image