crop-4GXsnGYsB0jV8bv_180x130-0.png

Unia coraz bardziej mówi głosem Donalda Tuska w sprawie unii energetycznej. Jest szansa na obniżenie cen ropy i gazu, co mocno dotknie Rosję, która coraz więcej płaci za okupację Krymu - mówi minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski.

RENATA GROCHAL: Mamy szansę na szefa unijnej dyplomacji? 

RADOSŁAW SIKORSKI: Głosy mówiące o tym, że polski kandydat byłby dobry, są oczywiście miłe, bo pokazują, że jesteśmy brani pod uwagę przy obsadzie tego stanowiska. Ale zgodnie z zasadami podziału tek to stanowisko najpewniej przypadnie socjalistom. Chadecja - jako zwycięzca ostatnich wyborów do Parlamentu Europejskiego - obsadzi stanowiska prezydenta Rady Europejskiej i szefa Komisji Europejskiej. Ja zaś nigdy nie byłem socjalistą.

Mówi się, że pańska zdecydowana postawa wobec Rosji przeszkadza w Europie. 

- To zabawne, bo w Europie zauważana jest nasza pryncypialność wobec Rosji, a w Polsce jesteśmy określani przez prawicę mianem "Komoruskich", "dywaników Putina" i "ruskich agentów".

Gdzie pan się widzi za kilka lat? 

- Na pewno chciałbym być w ekipie Donalda Tuska zdobywającej trzecią kadencję.

Po raz trzeci chciałby pan być ministrem spraw zagranicznych? 

- Jeśli wyborcy i premier pozwolą. Czemu nie.

W samej ekipie Tuska słychać głosy, że stanowisko szefa unijnej dyplomacji nie jest atrakcyjne, bo decyzje w sprawie polityki zagranicznej ciągle zapadają w krajach członkowskich. 

- Ale dostęp do informacji i wpływ na politykę całej Unii zwiększałyby poczucie bezpieczeństwa w naszym kraju. Nie wszyscy wiedzą, że wysoki przedstawiciel ds. polityki zagranicznej UE jest też wiceprzewodniczącym Komisji Europejskiej. A w nowej Komisji być może będzie też szefem grupy komisarzy współtworzących politykę zewnętrzną UE, w skład której wejdą komisarz ds. sąsiedztwa i rozszerzenia, pomocy humanitarnej, rozwojowej itp. To spory pakiet i duży wpływ na pokaźne środki unijne.

Która teka byłaby lepsza dla Polski - energia, rynek wewnętrzny czy konkurencja?

- Wybraliśmy dobrą pozycję wyjściową, bo mamy merytorycznych kandydatów w każdej dziedzinie, która nas interesuje. Dziś trudno przewidzieć, co nam przypadnie w bardzo skomplikowanym procesie wyłaniania Komisji Europejskiej.

Da się znaleźć kompromis w Parlamencie Europejskim, w którym 180 mandatów wzięli populiści i eurosceptycy, a nawet przeciwnicy Unii? 

- Ten rozkład tworzy nową linię podziału: z jednej strony mamy partie różniące się między sobą, ale będące zwolennikami instytucji, w których pracują. A z drugiej takie, które będą używać trybuny Parlamentu Europejskiego do niszczenia Unii, zabiegania o renacjonalizację polityki w Europie i chwalenia kolejnych podbojów Władimira Putina, co widzimy w Polsce, choćby w wypowiedziach Janusza Korwin-Mikkego.

Czy populiści i eurosceptycy mogą sparaliżować rozszerzenie UE lub inicjatywy na rzecz większej integracji Europy? 

- Na pewno nie ułatwią. Ale o to trzeba pytać kolegów z PiS. W kampanii wyborczej sugerowali, że może wrócą do głównej rządzącej partii w Parlamencie Europejskim, czyli Europejskiej Partii Ludowej, do której należą PO-PSL. Wtedy umocnilibyśmy naszą pozycję. Już dziś jesteśmy - po Niemcach - drugą największą reprezentacją narodową w chadecji. Ale okazało się, że jednak pozostaną we frakcji eurofobicznej, i to mimo że dołączają do niej europosłowie znani z antypolskich wypowiedzi.

W kampanii PiS ściemniał? 

- To mogła być kolejna gra pod nazwą "prezes się zmienił". Kto naiwny, ten dał się nabrać.

Czy Jarosław Kaczyński jest w stanie jeszcze wygrać wybory?

- Mam nadzieję, że nie. Osobiście zrobię wszystko, by osoba o tak zaburzonym postrzeganiu rzeczywistości, tak konfliktowym charakterze i tak autorytarnych skłonnościach nie miała wpływu na decyzje państwowe w Polsce.

Czy PO, która wisi na Tusku, jest jeszcze w stanie wygrywać? Eurowybory wygraliście o włos, zaledwie 24 tysiącami głosów. 

- Wygraliśmy siódme wybory z rzędu, i to po sześciu latach u władzy. Nie jest więc z nami tak źle. A premier pokazał w czasie ostatniej kampanii wyborczej, że jest wciąż w świetnej formie.

Jak pan tłumaczy sukces Korwin-Mikkego? Wejdzie do Sejmu w 2015 roku? 

- Nie wykluczyłbym. Wtedy Korwin-Mikke może zostać wicepremierem w rządzie PiS, a Kongres Nowej Prawicy wejść do koalicji rządowej - w przypadku wyborów wygranych przez PiS. Martwiłbym się wtedy o Polskę.

Ludwik Dorn mówi, że Kaczyński nie weźmie Korwina do koalicji, bo jest on zbyt prorosyjski. 

- Przypominam, co Jarosław Kaczyński mówił o prorosyjskim Lepperze, a potem jednak koalicję z nim zrobił.

Co wynika dla Polski z wizyty Obamy?

- Było to mocne przesłanie zarówno wobec Polski, jak i wobec Ukrainy, które z pewnością miało być także usłyszane w Moskwie. Znaczące jest to, że prezydent Stanów Zjednoczonych poza unijną Brukselą przyjeżdża do dwóch państw w Europie po to, by świętować dwa amerykańskie sukcesy: jeden sprzed 70 lat, czyli wyzwolenie Europy od nazizmu, i drugi sprzed 25 lat - wyzwolenie Europy od komunizmu. To, że światowe supermocarstwo widzi w Polsce kraj, z którym czuje się związane - także w kategoriach swojej własnej polityki - to dobrze.

Obama pokazał, że w Polsce jest czerwona linia i Rosja nie może się dalej posunąć? 

- Prezydent Obama powiedział, że Polska już nigdy nie zostanie pozostawiona sama sobie. Czytaj: "Będziemy jej bronić".

Ale chciał pan więcej niż ten miliard dolarów, który Obama obiecał na ćwiczenia wojskowe i infrastrukturę w Europie Wschodniej. Chciał pan stacjonowania na stałe dwóch brygad NATO w Polsce. 

- Jeszcze parę lat temu targowaliśmy się z Amerykanami o 20-30 mln dol. pomocy wojskowej dla Polski, więc miliard to znacząca suma. Przypominam, że pierwsze NATO-wskie ćwiczenia w Polsce odbyły się dopiero w zeszłym roku, skądinąd z dosyć skromnym udziałem Stanów Zjednoczonych. Jeśli teraz będą poważne ćwiczenia, to jest to dobry początek.

Pański postulat nie jest już aktualny? 

- Trwają rozmowy między sojusznikami przed wrześniowym szczytem NATO w Walii. Już zapadła decyzja o podniesieniu gotowości korpusu w Szczecinie. Trzeba dać trochę czasu niektórym sojusznikom, przyzwyczajonym do postzimnowojennej struktury sił NATO w Europie, na dostosowanie się do nowych realiów.

Ale po co nam te wojska? Obawia się pan o bezpieczeństwo polskich granic? 

- Jako jedyny kraj UE i NATO jesteśmy sąsiadem zarówno Ukrainy, jak i Rosji.

Czy umowa z 1997 r., w której NATO zobowiązało się, że nie będzie rozmieszczać "znaczących sił" w Polsce, nie uniemożliwia stałego stacjonowania u nas dwóch brygad? 

- W akcie stanowiącym Rosja - NATO z 1997 r. z jednej strony sygnatariusze zobowiązali się do poszanowania granic w Europie, a z drugiej NATO zadeklarowało, że w tamtym momencie historycznym nie ma intencji rozmieszczania znaczących sił na terenie nowych państw członkowskich. Te "znaczące siły" różnie definiowano, np. ówczesny szef komitetu wojskowego NATO mówił o dwóch dywizjach, czyli trzech brygadach na kraj członkowski. Rosjanie proponowali, by była to jedna ciężka brygada. Ale ten termin nigdy nie został ostatecznie zdefiniowany. Dlatego na podstawie tego dokumentu można zwiększyć obecność NATO w Polsce. (...)

Cała rozmowa: wyborcza.pl


bg Image