crop-1M0DJzEA51AamBa_180x130-0.png

Omawiając zmiany w polskim szkolnictwie, warto zwrócić uwagę na to, jakie cele stawiali sobie jego organizatorzy i na ile udaje się je osiągać – pisze przewodnicząca Podkomisji stałej ds. jakości kształcenia i wychowania, była minister edukacji narodowej Katarzyna Hall.

Dokumenty strategiczne Unii Europejskiej traktują wykształcenie jako wartość i wyznaczają cele związane z jego upowszechnieniem, z uczeniem się przez całe życie. W całej Europie uczy się coraz więcej młodzieży i dorosłych. Fakty są takie, że im wyższy mamy poziom wykształcenia, tym łatwiej nam znaleźć pracę, lepiej sobie radzimy i lepiej zarabiamy. Nie zawsze jest to praca zgodna z wykształceniem i aspiracjami, ale im więcej umiemy, tym łatwiej też nauczyć się nowych umiejętności, zmienić zawód, znaleźć nową pracę.

Powody do dumy

Cel upowszechniania wykształcenia średniego i wyższego przyświeca zarządzającym naszym systemem edukacji od lat 90. Bardzo wiele w tej sprawie udało się osiągnąć. Kiedyś większość młodzieży – obecnych 50- i 60-latków – trafiała do szkół zawodowych, licea wybierało około 20 proc., zaś studia kończyło kilka procent z nich. Obecnie do szkół kończących się maturą trafia 80 proc. młodzieży, a ponad połowa podejmuje studia.

Oczywiste jest, że w związku z tym inaczej trzeba kształcić w szkołach średnich i na studiach. Kiedyś zajmowano się tam niewielką grupą najzdolniejszych, a dziś także mniej niż średnio zdolni podejmują studia. Potrzebne są inne programy i inny sposób pracy, aby też ci średnio zdolni zdołali dobrze przygotować się do studiów i sprostać potem ich wymogom. Trzeba już w szkole podchodzić do uczniów bardziej indywidualnie, dawać możliwość pogłębiania wybranych wątków, współpracy i samodzielnej pracy. Wtedy fundament pod studiowanie również u tych mniej zdolnych może być solidniejszy. Polscy uczniowie na tle swoich rówieśników z innych krajów wyróżniają się wynikami w podstawowych umiejętnościach

Postulat zamknięcia większości młodzieży drogi do szkół średnich i wyższych jest uzasadniany potrzebą przywrócenia elitarnego charakteru tych szkół. Stawiający go nie dają odpowiedzi, co byłoby dalej z tymi niedopuszczonymi do wyższych etapów edukacji. Postęp technologiczny sprawia, że prostych prac fizycznych jest i będzie coraz mniej, że musimy być w stanie w dorosłym życiu uczyć się i zmieniać sposób pracy. W szkole przygotowujemy do szukania pracy także po 20 latach od jej ukończenia, do pracy w rzeczywistości społecznej i technologicznej, którą z perspektywy szkoły trudno sobie wyobrazić.

Wprowadzenie ponad dziesięć lat temu powszechnych egzaminów zewnętrznych wpłynęło na lepszą powszechną dbałość o niektóre parametry jakościowe edukacji. Spowodowało też zmianę dotyczącą podejścia do uczciwości podczas egzaminowania – faktyczną dbałość szkół o samodzielność uczniów. Polscy uczniowie zaczęli lepiej rozumieć czytany tekst, lepiej rozumować. Stare egzaminy maturalne może dawały większe pole do popisu uczniom twórczym, ale towarzyszyło im dość powszechne przymykanie oka na brak samodzielności lub ewidentne niedouczenie zdających.

Zmiany w polskim systemie edukacji przyniosły efekty mierzalne, m.in. widoczne w międzynarodowych badaniach PISA. W roku 2000 badaniu PISA poddani byli uczniowie szkół ponadpodstawowych, absolwenci ośmioletniej podstawówki, i Polska wypadła wtedy poniżej średniej OECD.

W 2003 roku PISA objęła drugi rocznik uczniów kończących gimnazjum, a Polska znalazła się na poziomie średniej OECD. W latach 2006 i 2009 udało się nam utrzymać obecność w tej grupie dobrych „średniaków”. Dzięki tym wynikom nasz kraj był podawany na świecie jako przykład udanych reform edukacyjnych.

W 2012 roku badanie objęło pierwszy rocznik, który w gimnazjum uczył się według nowej podstawy programowej kształcenia ogólnego, i Polska znalazła się mocno powyżej średniej OECD. To powód do dumy. Ważne, aby ten wynik utrzymać w kolejnych latach.

Zmiana odczuć uczniów

Poprzez ostatnie lata uzyskaliśmy także pewien postęp, jeśli chodzi o samopoczucie uczniów w szkole. Pokazuje go między innymi raport programu „Szkoła bez przemocy” (2011), w którym porównano odpowiedzi uczniów na te same pytania udzielane w 2006 i w 2011 roku. W 2006 roku lubiło chodzić do szkoły, czuło, że się w niej rozwija i że lekcje są interesujące, około 30 proc., zaś pięć lat później około 50 proc. uczniów. Można się cieszyć, że szklanka stała się do połowy pełna, jednak widać też, że była jeszcze przynajmniej w połowie pusta. Porównanie z innymi krajami pokazuje, że mogłoby być zdecydowanie lepiej. (...)

Cały artykuł: rp.pl


bg Image