crop-lJ88KhYsIb0P22x_180x130-0.png

Rozmowa z Jerzym Fedorowiczem, aktorem, reżyserem, posłem, dyrektorem artystycznym Teatru Ludowego oraz jego synami: Filipem, krakowskim adwokatem oraz Jerzym, radnym i kierownikiem działu promocji Teatru Ludowego.

Wychowywał Pan synów w dyscyplinie?

Skąd, mieli ze mną luz.

Filip: Bo tato rzadko bywał w domu. 

Oboje z żoną, która z zawodu jest scenografem pracowaliśmy w teatrze, ale nasze pensje były tak skromne, że często nie starczało do pierwszego. Trzeba było pożyczać od sąsiada, a potem oddawać, gdy dorobiłem coś w radiu, telewizji, na estradzie, czy filmie. Przez to całymi dniami przebywałem poza domem. Ciężar wychowania synów spadł na moją żonę, która z wielkim oddaniem prowadziła dom. 

A Pana rodzice byli surowi?

Moi rodzice, prześladowani po wojnie za działalność w AK, musieli uciekać na Ziemie Odzyskane. Tam przyszliśmy z bratem na świat. Potem nasza rodzina w poszukiwaniu lepszego życia przeprowadziła się z Polanicy Zdroju do Krakowa. Obaj z bratem dorastaliśmy w bardzo trudnych czasach, kiedy trzeba było walczyć o każdy dzień. Szybko staliśmy się łobuzami, których często temperowano. Jak coś przeskrobaliśmy, to ojciec mówił do dziadka, by sprawił nam lanie. Ale to była fikcja. Dziadek szedł z nami do pokoju i tam udawał, że nas bije, a my udawaliśmy, że płaczemy. Gorzej z babcią. Jej kara za nieposłuszeństwo polegała na wiązaniu nam rąk damską pończochą. To było strasznie upokarzające. W związku z tym nigdy nie stosowałem kar, czy zakazów wobec moich synów.

Nawet jak przynosili kiepskie oceny, albo uwagi w dzienniczku za złe zachowanie. 

Prawda jest taka, że przez pierwsze lata pobytu moich synów   w szkole, miałem problem z odpowiedzią na pytanie, w której klasie się uczą, ale oczywiście o postępach w nauce na bieżąco mnie informowano. I większych kłopotów nie sprawiali. Każdy z chłopców był inny. Filip to typ ekstrawertyczny i jednocześnie bardzo stanowczy. Jak czegoś wymagał, to mocno to akcentował. Kochał mapy, książki, interesował się wszystkim, co było związane z historią i starożytnością. Jurek miał umysł logiczny i dobrze grał w szachy. Gdy miał sześć lat uczestniczył w zawodach radząc sobie z czterema bardziej doświadczonymi zawodnikami. Rok później prawie „uratował” mi życie. Gdy pracowałem na działce użądliły mnie pszczoły, spuchłem i zaczęły się duszności. „Młody” wyskoczył na drogę, zatrzymał kierowcę i sprowadził pomoc. Dzieci w sytuacji zagrożenia są niesłychanie odpowiedzialne i reagują bardzo dojrzale.  

Tata nic nie zakazywał, a wobec tego miał jakieś wymagania?

Filip: Oczywiście. Bardzo często. Zwłaszcza podczas wakacji.  Kiedyś wymyślił, że mam się uczyć tabliczki mnożenia. Po którejś z rzędu godzinie wkuwania straciłem już cierpliwość i się na niego obraziłem. Ale mnożyć się nauczyłem. Innym razem organizował nam lekcje angielskiego, albo kazał pisać wakacyjne dzienniki. Te zeszyty prowadziłem do czasów liceum. Zostawiłem je na pamiątkę, ale od lat do nich nie zaglądałem.

Kiedy tata miał dla Panów czas?

Filip: W ferie i wakacje. Wtedy organizował nam zabawę. Jak byliśmy w Krakowie, to najczęściej jeździliśmy razem na rowerach i graliśmy w piłkę nożną. 

Jerzy: Pokazywałem im proste zagrania. Sam przecież kiedyś grałem szmacianką na podwórkach krakowskich kamienic. 

Jurek: Zimą graliśmy za to razem w hokeja na osiedlowej ulicy, obok naszego bloku przy ul. Słomianej. Za bramki posłużyły nam przewrócone ławki, a hokejki zdobywaliśmy w składnicy harcerskiej. Z czasem dostaliśmy od wujka takie profesjonalne, z zagiętym końcem kupione w ówczesnym Związku Radzieckim.

A ruszaliście się gdzieś w Polskę?

Jerzy: W późnych latach 70 -tych kupiliśmy na talon „malucha” i często w wolne dni jeździliśmy nad Rabę do Stróży, gdzie w płytkiej wodzie uczyłem synów pływać. Należy pamiętać, iż wtedy nie było wolnych sobót. Co roku wyjeżdżaliśmy też do Zawadek na Podlasie, do mojej babci. Tam całą rodziną pomagaliśmy przy żniwach. To dla dzieci była trudna i nudna praca, ale tak kombinowałem, żeby było wesoło. Dzieliłem dzieciaki na grupy i ścigaliśmy się, kto szybciej postawi snopki.

Panowie z miasta szybko się tą pracą zniechęcali?

Jurek: Nie, bo to była dobra zabawa. Bardzo mile wspominamy ten czas. 

A w dzieciństwie mieliście szanse wyjechać zagranicę? Taka podróż była największym marzeniem polskiego dziecka.

Filip: Na początku lat 80. byliśmy w Londynie. Polecieliśmy tam samolotem. 

Jerzy: Zaprosili nas Polacy, którym wcześniej pomogliśmy zorganizować noclegi w Polsce, podczas pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II w Krakowie.

Filip: Ten wyjazd był dla nas szokiem, bo zobaczyliśmy wiele rzeczy, o których w Polsce nie było mowy. Na przykład piętrowe autobusy, zadbane parki i oczywiście świetne zabawki.

Jerzy: Na cały wyjazd, który trwał miesiąc, miałem raptem 80 funtów, więc trzeba było oszczędnie nimi gospodarować. Zdarzyło się tak, że gdy tylko przylecieliśmy do Londynu, Jurek rozchorował się, więc mu powiedziałem, że z Filipem pójdziemy do największego sklepu z zabawkami i kupimy mu „resorówkę”. Wybrałem mały samochodzik, ale Filip wypatrzył inny, niestety droższy. Zacząłem mu tłumaczyć, że nie starczy na bilet na metro do miejsca, w którym mieszkaliśmy. Postawił jednak na swoim. Zostało nam kilka penów na puszkę Fanty, którą na spółkę wypiliśmy w parku, a potem szliśmy 10 km do domu. Warto było, bo jak Jurek zobaczył prezent, to od razu wyzdrowiał. (...)

Cała rozmowa: miastopociech.pl


bg Image