crop-A79dMW2lhxAng2X_180x130-0.png

Ciągle nie czujemy tego, że Unia to my. Myślimy, że to są jacyś oni, którzy dają nam bezpieczeństwo, fundusze strukturalne na inwestycje - mówi europosłanka Danuta Hübner.

RENATA GROCHAL: Polska znowu jest w ogonie UE, jeśli chodzi o frekwencję w eurowyborach - mamy 23,82 proc. Gorzej od nas wypadli tylko Czesi i Słowacy.

DANUTA HÜBNER: Frekwencja w Polsce to jest prawie połowa średniej europejskiej, czyli bardzo mało. Polacy w ogóle mają jakąś niechęć do tego obywatelskiego obowiązku, jakim jest głosowanie. W społeczeństwach, gdzie kapitał społeczny jest ugruntowany, a społeczeństwo obywatelskie okrzepło, udział w wyborach jest traktowany jako obowiązek. U nas ciągle nie ma świadomości, że demokrację legitymizują wyborcy przez udział w wyborach. Zmiana mentalności wymaga czasu.

Jak wytłumaczyć paradoks, że ponad 80 proc. Polaków jest zadowolonych z tego, że jesteśmy w UE, a gdy nadchodzi czas wyborów, to zostają w domu?

- Ciągle nie czujemy tego, że Unia to my. Myślimy, że to są jacyś oni, którzy dają nam bezpieczeństwo, fundusze strukturalne na inwestycje. Doceniamy tego dobrego wujka, bo możemy podróżować czy studiować za granicą, dlatego lubimy Unię. Natomiast cały czas w świadomości obywatelskiej nie ma przekonania, że my jesteśmy jej częścią, że to, kogo wysyłamy do Parlamentu Europejskiego, ma wpływ na podejmowane tam decyzje. To się ciągle nie przebiło, co świadczy o słabości dialogu polityków ze społeczeństwem, a także mediów, które za mało informują o tym, co się dzieje w PE.

Jesteśmy największym beneficjentem funduszy unijnych, ale to się nie przekłada na poczucie, że jesteśmy częścią UE?

- To wynika chyba z tego, że informacja o Unii przychodzi z Brukseli. To nie wójt czy burmistrz, który mieszka za rogiem, nas informuje, a za chwilę można go rozliczyć w wyborach, bo czegoś nie zrobił w związku z integracją europejską.

Może to jest wina polityków, którzy zamiast rozmawiać w kampanii wyborczej o Europie, robili wszystko, żeby zepchnąć ją na sprawy krajowe?

- Byłam bardzo rzadko zapraszana w kampanii do telewizji, ale gdy już występowałam, to nie było szans, żeby się przebić z tematyką europejską. Raz zostałam zaproszona z Jackiem Kurskim i Ryszardem Kaliszem. Pierwsze pytanie dotyczyło mandatów Jacka Kurskiego i tego, co mówią o tym tabloidy. Drugie - kto stoi na wałach przeciwpowodziowych, a trzecie - czy kiedy premier pojechał na Monte Cassino, to powinien był pójść do papieża, czy nie. Próbowałam przy okazji tych wałów przeciwpowodziowych nawiązać do funduszy strukturalnych, ale to kompletnie nie interesowało prowadzącego audycję. To jak polityk ma się przebić, skoro brakuje w mediach zainteresowania tematami europejskimi? Widocznie w telewizji maleje oglądalność, gdy się mówi o Europie, a rośnie wtedy, kiedy mówi się o sprawach krajowych i najlepiej jeszcze używając brzydkich słów.

Jednak nie jest tak, że ludzi sprawy europejskie nie interesują. Miałam w kampanii cudowne spotkanie we Włochach, gdzie przyszli ludzie, którzy byli zainteresowani wyłącznie euro i Europą. To zadanie dla społeczeństwa obywatelskiego i polityków, żeby szerzej zaistniały tematy europejskie.

Jak pani ocenia wynik PO, czyli praktycznie remis z PiS?

- Po siedmiu latach rządzenia i wielkim skupieniu w tych wyborach na sprawach wewnętrznych wynik jest przyzwoity. Główne wyzwanie dla PO i PiS to zagospodarowanie tego rezultatu. Platformie będzie łatwiej to zrobić - jest w największej frakcji i będzie miała w niej silną pozycję, bo w tej zmniejszonej rodzinie partii ludowych jesteśmy drugą po Niemczech grupą, a do tej pory byliśmy na piątym miejscu.

PiS ma trudniejsze zadanie, bo będzie w mniejszej frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, która ma niewielkie oddziaływanie na wyniki głosowań w PE.

Jak sobie poradzi w europarlamencie Janusz Korwin-Mikke, największe zaskoczenie tych wyborów?

- Nie bałabym się, że Korwin-Mikke z czterema mandatami zacznie odgrywać kluczową rolę w PE. To będzie pewnie zależało też od tego, w jakiej frakcji się znajdzie. Trzeba mieć świadomość, że wiele z tych partii antyeuropejskich to są też partie antypolskie. Są przeciwko wspólnemu budżetowi, który jest nam potrzebny, tak naprawdę nigdy nie pogodziły się z rozszerzeniem UE w 2004 roku i doszukują się tu ciągle jakichś niebezpieczeństw. Europosłowie Nowej Prawicy będą więc w dwuznacznej sytuacji. W Europie obecność Korwin-Mikkego może zostać niezauważona, natomiast na pewno będzie próbował on wykorzystać swój sukces z eurowyborów, żeby dostać się do Sejmu w 2015 roku. (...)

Cała rozmowa: wyborcza.pl

bg Image