crop-NaNV9zEsjZzk1p5_180x130-0.png

Gdyby Europa od początku wiedziała, że nas chce, i wiedziała, ile na tym zyska, to może byłaby bardziej szczodra, a integracja dokonałaby się szybciej - powiedział Wiceprzewodniczący Europejskiej Partii Ludowej, europoseł Jacek Saryusz-Wolski.

BARTOSZ T. WIELIŃSKI: Słyszałem taką anegdotkę. Na początku lat 90. na Okęciu wylądował jakiś brytyjski wiceminister. Wyszedł z samolotu, rozgląda się i nie może uwierzyć: - Kilka lat temu upadł mur berliński, a wy już nie używacie cyrylicy! Faktycznie Zachód tak reagował na Polskę?

JACEK SARYUSZ-WOLSKI:
Pamiętam pierwsze rozmowy z wiceprzewodniczącym komisji europejskiej Fransem Andriessenem. Był początek 1991 r., siedzimy w sali kościuszkowskiej Urzędu Rady Ministrów [dzisiejsza Kancelaria Premiera]. To był początek negocjacji nad układem stowarzyszeniowym Polski z Unią. W jednym z pierwszych zdań powiedziałam gościom: "Nie jesteśmy Afryką". Dotknąłem ich tym do żywego, bo procesem stowarzyszeniowym zajmowali się ludzie przeniesieni z działu Komisji Europejskiej, który odpowiadał za pomoc rozwojową dla Trzeciego Świata. Tłumaczenie brukselskim urzędnikom, że nie jesteśmy krajem nierozwiniętym, zapóźnionym, tylko źle rozwiniętym, zajęło nam kilka lat. Od lutego do lipca 1991 r. biliśmy się, by w preambule do układu stowarzyszeniowego był zapis o tym, że kiedyś zostaniemy członkiem zjednoczonej Europy. Po pół roku zażartych bojów przegraliśmy. W dokumencie znalazł się tylko zapis, że Zachód odnotowuje nasze aspiracje do członkostwa. W lipcu 1991 r. negocjowaliśmy pomoc finansową, która miała złagodzić polskiej gospodarce otwarcie się na Zachód. Warunki, jakie proponowała Bruksela, były tak niekorzystne, że wstałem od stołu i powiedziałem, że zawieszam negocjacje. Druga strona była w szoku. Już we wrześniu dali nam lepszą ofertę. W międzyczasie miał miejsce pucz Janajewa w Moskwie [grupa twardogłowych komunistów próbowała pozbawić władzy Michaiła Gorbaczowa, by nie dopuścić do rozpadu ZSRR]. To wydarzenie wywarło spory wpływ na Zachód i jego spojrzenie na Europę Środkową. Pamiętam, że wówczas Jacques Delors, przewodniczący Komisji, przerwał posiedzenie, by porozmawiać z prezydentem Lechem Wałęsą. Zapewnił go, że gdyby doszło do międzynarodowego kryzysu, Polska nie będzie sama. To były dramatyczne chwile. Zastanawialiśmy się, ile namiotów i koców będzie trzeba, gdy granicę polsko-radziecką przekroczy 100 tys. uciekinierów. A mieliśmy wówczas radzieckie bazy wojskowe na naszym terytorium...

16 grudnia 1991 r. Polska ma podpisywać układ stowarzyszeniowy i...

Zaczyna się cyrk. O podpisaniu wynegocjowanego dokumentu zadecydował premier Jan Olszewski, który zastąpił Jana Krzysztofa Bieleckiego. Stał na czele jego rządu, bo swojego gabinetu jeszcze nie skompletował. Do Brukseli wydelegował ministra finansów Leszka Balcerowicza i szefa dyplomacji Krzysztofa Skubiszewskiego. Polecieliśmy tam razem z delegacją czechosłowacką i węgierską. Wchodzimy rano do budynku Charlemagne, jednego z unijnych wieżowców, a tu okazuje się, że Hiszpanie blokują całą sprawę, domagając się zmian w zapisach dotyczących importu stali ze środkowej Europy. Bali się, że to zabije ich huty. Pamiętam, że byliśmy bliscy powrotu do domu. Pamiętam, jak kolanem wpychano Hansa Dietricha Genschera, szefa niemieckiej dyplomacji, do windy, którą jechał minister Skubiszewski. Po kilku godzinach gorączkowych rozmów opór Hiszpanii przełamano. Dokument można było podpisać. Gdy dziś porównać układ stowarzyszeniowy Polski sprzed 20 lat i tegoroczny Ukrainy, to okazuje się, że Europa potraktowała ją o wiele szczodrzej, choć też nie obiecano Ukrainie członkostwa.

W kwietniu 1994 r. Polska złożyła wniosek o członkostwo.

Podpisał go premier Waldemar Pawlak. Wniosek napisałem osobiście. Pamiętam jego treść: "Niniejszym w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej, w oparciu o artykuły z traktatu z Maastricht, wnoszę...". Zamierzaliśmy go wręczyć wszystkim ambasadorom 12 krajów należących wówczas do Unii. Każdy miał dostać wniosek we własnym języku. Dzień przed uroczystością okazało się, że mamy problem. Pierwszy był z wersją grecką, bo w komputerach nie było odpowiednich czcionek. Na szczęście dało się je przeprogramować. Problem drugi - dla ambasadora Irlandii wniosek musiał być w języku gaelickim. Ale jak to przetłumaczyć? Prosiłem o to poetę Ernesta Brylla, który był wówczas ambasadorem RP w Irlandii. Odmówił. Zebraliśmy więc wszystkich irlandzkich doradców, którzy pomagali w polskich ministerstwach, zamknęliśmy ich ze skrzynką whisky w jednej z sal konferencyjnych i zapowiedzieliśmy, że nie wypuścimy, dopóki nam nie przetłumaczą dokumentu. O północy wyszli na lekko miękkich nogach z kartką w ręku. Wtedy okazało się, że ambasador Bryll jednak przesłał swoją wersję. No i byłem w kropce. Komu zaufać? Nic nie byłem w stanie zrozumieć, rzuciłem więc monetą. Wygrał tekst napisany w Warszawie. Irlandczycy później pogratulowali nam przekładu. Innym problemem była data oficjalnego zgłoszenia wniosku. Chcieliśmy być pierwsi, ale wtedy musielibyśmy zrobić to 1 kwietnia. A my nie chcieliśmy robić tego w prima aprilis. Węgrom to nie przeszkadzało, złożyliśmy więc wniosek tydzień później w Atenach. Wracając do Warszawy, na lotnisku kupiliśmy sobie z ministrem spraw zagranicznych Andrzejem Olechowskim po metaksie. (...)

Źródło: wyborcza.pl


bg Image