crop-xOKosAYiv84oVDM_180x130-0.png

Ustalenia z Genewy - gdzie Unia i USA broniły interesów Ukrainy - mogą się wydawać niejasne. Karkołomnym zadaniem było spowodowanie, że jednolita, wspólnotowa odpowiedź w ogóle powstała. Zamiast 28 wzajemnie sprzecznych - pisze sekretarz generalny Platformy Obywatelskiej Paweł Graś.

Kiedy na kijowskim Majdanie padły strzały, Unia nie miała planu i pomysłu na działanie. Polska zainicjowała jego powstanie

Unia Europejska nie jest jednolitym państwem. Unia to nie Stany Zjednoczone, gdzie polityką zagraniczną zajmuje się prezydent wspierany przez nominowanego przez siebie sekretarza stanu.

Unia to 28 suwerennych państw, które przez dziesięciolecia połączyły swoje rynki, ale - jak dotąd - strzegły niezależności w dziedzinie polityki zagranicznej. Unia to Polacy, ale także Portugalczycy, dla których Kijów jest dosłownie (i politycznie) bardziej odległy niż Marrakesz w Maroku. To banał, ale trzeba go przypominać.

Niemal każdy dzień przynosi nowe, niekiedy dramatyczne informacje z Ukrainy. Działania Rosji są czytelne chyba dla wszystkich. To, co jest mniej czytelne, to europejska odpowiedź. Przeciętny czytelnik może się zżymać, że ta odpowiedź jest nieadekwatna, opóźniona, nieproporcjonalna. Czwartkowe ustalenia z Genewy - gdzie Unia i USA broniły interesów Ukrainy - mogą mu się wydawać niejasne. Czytelnik nie wie jednak, jak karkołomnym zadaniem było spowodowanie, że jednolita, wspólnotowa odpowiedź w ogóle powstała. Zamiast 28 wzajemnie sprzecznych.

Cofnijmy się o kilka miesięcy.

Gdy w nocy z 21 na 22 stycznia na kijowskim Majdanie padły pierwsze strzały, Unia nie miała niczego, co przypominałoby plan reakcji. Pustkę musiały zapełnić te nieliczne kraje Unii, które nie chciały przyglądać się z boku. Zwłaszcza Polska.

22 stycznia premier Donald Tusk ruszył w Europę ze swoją propozycją planu działań. Był w siedmiu państwach unijnych, rozmawiał z kilkunastoma liderami politycznymi Unii, m.in. z kanclerz Niemiec Angelą Merkel, prezydentem Francji François Hollande'em, premierem Wielkiej Brytanii Davidem Cameronem oraz szefami Rady i Komisji Europejskiej: Hermanem van Rompuyem i José Manuelem Barrosem. Oprócz sankcji, w polskim planie znalazły się trzy punkty: pomoc finansowa dla Ukrainy, stworzenie warunków do uczciwego procesu wyborczego; umowa stowarzyszeniowa dla Ukrainy niebędąca ostatnim etapem europejskiej drogi dla Ukrainy.

Dziś tych kilka punktów może się wydawać zupełnie nieważnych. Ale to dziś! Wtedy, pod koniec stycznia, sytuacja była inna.

Wieczorem 18 lutego, gdy siły bezpieczeństwa rozpoczęły krwawy szturm na Majdan, do Kijowa polecieli ministrowie Radosław Sikorski, Frank-Walter Steinmeier i Laurent Fabius. Cel osiągnęli - Wiktor Janukowycz przystał na kompromis z opozycją. Rozlew krwi został powstrzymany.

Kilka godzin później okazało się, że prezydent Janukowycz uciekł z kraju, a wydarzenia przybrały jeszcze bardziej dramatyczny obrót. Agresja Rosji na Krym całkowicie zmieniła kontekst.

Pomysł na odpowiedź znowu wyszła z Polski. To premier Donald Tusk - w rozmowie z kanclerz Merkel i prezydentem Hollande'em - zaproponował zwołanie nadzwyczajnej Rady Europejskiej. Zebrała się 6 marca i zaakceptowała pierwszą fazę sankcji (zawieszenie rozmów o liberalizacji wizowej i handlowej, zakaz wizowy i zamrożenie aktywów finansowych Rosjan, którzy maczali palce w destabilizacji sytuacji na Ukrainie). 27 unijnych przywódców zgodziło się też z propozycją Polski, by szybko podpisać polityczną część umowy stowarzyszeniowej z Ukrainą.

Unia i państwa NATO nie uznały wyników pseudoreferendum na Krymie zorganizowanego 16 marca pod lufami rosyjskich żołnierzy. Gdy dwa dni później prezydent Rosji podpisał akt aneksji Krymu, do Polski przyleciały amerykańskie samoloty bojowe, nad polskim niebem zaczął krążyć NATO-wski AWACS (samolot wczesnego ostrzegania). W ostatnich dniach polski rząd uzgodnił z USA i Kanadą dodatkowe zwiększenie obecności ich wojsk w naszym kraju (przylecą do nas m.in. kanadyjskie myśliwce F-18 Hornet).

Kolejny etap rosyjskiej agresji - udział rosyjskich sił specjalnych w atakach na miasta wschodniej Ukrainy - też wywołał reakcję Unii i USA. Bruksela i Waszyngton, działając razem, przekonały Rosję do rozmów. Efekty czwartkowego spotkania w Genewie z udziałem przedstawicieli UE, USA, Ukrainy i Rosji dają szansę na pokojowe zakończenie konfliktu, choć dziś nikt nie jest w stanie tego zagwarantować.

Zadaniem Polski jest, by europejska jedność została utrzymana. W drugim kroku musimy pomóc Ukrainie stanąć na nogi, a Unię przekonać do uniezależnienia się od rosyjskich źródeł energii. Właśnie to powinno być najważniejszą reakcją na rosyjską agresję: zmiana unijnej polityki energetycznej. Europa zrozumiała, że Rosja może używać swojego gazu jako broni w geopolitycznych rozgrywkach, narzędzia do szantażowania i skłócania Europejczyków. My przedstawiamy projekt reformy: unię energetyczną.

W interesie Polski lepsza jest stonowana reakcja wobec Rosji, ale wypowiedziana przez wszystkie kraje Unii (z Niemcami i Francją na czele), niż radykalne deklaracje wygłaszane samotnie. Kiedy w ciemnym lesie idziemy na spotkanie z niedźwiedziem, lepiej nie być samemu, ale w towarzystwie silnych przyjaciół.

Ukraiński dramat może się rozgrywać dalej. Test jedności wspólnoty transatlantyckiej będziemy jeszcze zdawać. Zachód nie był gotowy na to, co się dzieje, ale wyciąga wnioski z agresywnej polityki Rosji. Konsekwencje tego kryzysu zmienią politykę Zachodu na wiele najbliższych lat. I miejmy nadzieję, że będzie to zmiana, której prezydent Władimir Putin nie chciałby najbardziej.

Źródło:wyborcza.pl


bg Image